Wybór

Justyna odruchowo wcisnęła hamulec. W światłach jej starego Opla coś przemknęło przez jezdnię — nie pies, nie jeż, jakiś bezkształtny strzęp cienia. Wyłączyła silnik i wysiadła, choć do domu zostało jej może pięć minut drogi. Wzdłuż rowu ciągnął się błotnisty pas trawy, a na jego skraju ktoś się czaił — mały, przykurczony, kompletnie nieruchomy.

Podeszła bliżej i aż przysiadła na mokrym asfalcie. To był kot. Młody, może dwuletni, ale w takim stanie, że trudno było cokolwiek stwierdzić. Cały umazany gliną i czymś brunatnym, sierść posklejana w strąki. Najgorsze było jednak to, że na łeb miał naciągnięty plastikowy kubek po jogurcie — rozcięty, wbity tak ciasno, że uszy nawet nie wystawały. Zwierzę nawet nie miauczało, tylko stało i dygoce, a oddech przechodził przez ten plastik ze świstem.

— Jezu, kto ci to… — szepnęła Justyna, powoli wyciągając rękę. Kot szarpnął się, ale nie miał siły. Dał się jej podnieść i wiotki zawisł w jej dłoniach jak szmaciana zabawka. Ważył może półtora kilo. Justyna czuła pod palcami każdy kręg.

Miała w telefonie numer do Bartka. Kumpel z podstawówki, całe życie na jednym podwórku, a teraz weterynarz w lecznicy na Prądniku. Odebrał po pierwszym sygnale.

— Bartek, jesteś jeszcze w robocie? Znajdź mi dyżurkę, tylko szybko. Coś znalazłam przy Siewnej. Kot. Ledwo zipie. Będę za dziesięć minut.

Rozłączyła się, wrzuciła kota na fotel pasażera i ruszyła, łamiąc pewnie ze trzy ograniczenia prędkości.

***\

W klinice Bartek już czekał przy bocznym wejściu. Zabrał jej zawiniątko z rąk i zniknął za wahadłowymi drzwiami. Justyna została na korytarzu, nie zdejmując kurtki, choć z niej kapało. Przez szybę widziała tylko tył głowy Bartka i jego łokcie w zielonym fartuchu.

Minęło półtorej godziny. Justyna wbiła wzrok w linoleum i liczyła czarne kropki na posadzce.

W końcu Bartek wyszedł, ściągając lateksowe rękawiczki.

— I co? — zapytała.

— Żyje — powiedział i wytarł czoło. — Pojemnika już nie ma. Był tak ciasny, że zaczęła się martwica na małżowinach. Jeszcze z godzina i skończyłby z obrzękiem mózgu od niedotlenienia. Masz nosa do znajdowania najgorszych przypadków, wiész?

Justyna nie odpowiedziała. Dopiero teraz puściły jej mięśnie. Zaczęła się trząść, chociaż na korytarzu było ciepło. Bartek objął ją ramieniem — ten sam gest co zawsze, od czasów, gdy miała dziesięć lat i rozbity nos po spotkaniu z chłopakami z technikum.

— No już, Juska. Ja przy nim posiedzę. Jedź do domu.

— Matka mnie zabije.

— Oj tam. Powiesz, że byłaś u mnie. Twoja matka akurat mnie lubi.

Justyna zaśmiała się krótko. To była prawda. Matka lubiła tylko Bartka. Wszyscy inni, łącznie z własną córką i resztą świata, plasowali się gdzieś między „darmozjadem” a „wróg ludu”.

***\

Pani Wiesława naprawdę miała na imię Wiesława, choć od lat nikt nie zwracał się do niej inaczej niż „Wiesia, daj spokój”. Jej rzeczywistość kończyła się na dwóch butelkach żytniej dziennie i liście żalów do całego Wszechświata. Ojciec Justyny wyprowadził się, kiedy dziewczyna miała dwanaście lat. Od tamtej pory matka piła już nie „na umór”, tylko „na śmierć i życie”. Życie w jej wydaniu oznaczało wieczne pretensje o to, że córka je, oddycha i w ogóle istnieje.

Gdy Justyna weszła do mieszkania na osiedlu Złotego Wieku, smród był znajomy, gęsty, wymieszany z papierosami i wilgocią. Matka spała na wersalce, twarzą wciśniętą w wałek. Justyna zgarnęła ze stołu trzy puste butelki i po cichu wsunęła się do swojego pokoju.

Położyła się w ubraniu i wyjęła telefon. Na ekranie już czekał SMS od Bartka:

*Jutro się obudzi. Jest młody i uparty.*

Napisała tylko: *Dzięki, Bartek. Gdyby nie ty…*

Nie skończyła. Wiedziała, że on i tak zrozumie.

***\

Kot dostał imię Tytus. Miał rude łaty na białym tle i jedno ucho zdeformowane tak, że przypominało skrzydło nietoperza. Przez pierwszy tydzień warczał na każdego, kto wszedł do boksu. Bartek mówił, że to normalne. Że po takim doświadczeniu zwierzę potrzebuje czasu, żeby uwierzyć, że ręka człowieka może nie boleć.

Ale już dziesiątego dnia Tytus sam podszedł do Justyny i położył jej łeb na kolanie.

— No i masz kota — powiedział Bartek, wycierając stetoskop.

— Nie mogę go wziąć. Matka mnie udusi.

— A co innego? Schronisko? Po nim to już w ogóle nie wstanie. Za duży stres. Serce ma do bani.

Justyna milczała. Wiedziała, że Bartek ma rację.

— Zobacz — dodał. — On już cię wybrał. Nie wygrywaj z faktami.

***\

Pani Wiesława, ku zdumieniu Justyny, na widok transportera tylko wzruszyła ramionami.

— Żebyś mi tylko na żarcie dla niego nie pożyczała — wychrypiała znad kufla z herbatą (w której herbaty było tyle, co nic). — Bo ja nie mam.

— Okej.

— I żeby nie sikał w przedpokoju.

— Okej, mamo.

Kot podszedł do wersalki, obwąchał zwisającą dłoń kobiety i cofnął się. Od tej pory omijał ją łukiem.

***\

Minęły dwa lata. Justyna kończyła filologię angielską na UJ i łapała każdą fuchę, jaka wpadła. Dostawy, korepetycje, tłumaczenia techniczne przez internet. Miała na koncie srebrny medal z matury i zero znajomości. Jedyne, co naprawdę umiała, to pracować.

Pewnego styczniowego popołudnia wiozła dokumenty do biurowca na Zabłociu. Recepcjonistka zmierzyła ją wzrokiem i wskazała stolik, na którym miała zostawić kopertę. Justyna już miała wychodzić, kiedy z windy wysiadł wysoki facet około czterdziestki i zaczął krążyć po holu, mamrocząc pod nosem po angielsku.

Recepcjonistka zrobiła minę i powiedziała do niego wolno, jak do dziecka:

— Panie dyrektorze, tłumacz utknął na zakopiance. Nie dojedzie.

Facet zaklął.

Justyna odwróciła się.

— Przepraszam, potrzebujecie tłumacza? Ja mogę.

Recepcjonistka wytrzeszczyła oczy. Dyrektor też, ale po chwili kiwnął głową.

— Angielski i niemiecki. I trochę chińskiego — dodała Justyna, bo akurat chiński zaczęła się uczyć dwa lata wcześniej z nudów.

— Proszę za mną.

Tak poznała Kamila.

Kamil Malinowski miał trzydzieści osiem lat, sieć gabinetów stomatologicznych i plany ekspansji do Wielkiej Brytanii. Mówił płynnie, gładko, jakby każde zdanie wcześniej przećwiczył przed lustrem. Justyna, przyzwyczajona do wiecznego niedoboru, nagle dostała ofertę: etat, półtora raza więcej niż zarabiała na zleceniach, i perspektywę wyjazdu do Londynu za cztery miesiące.

— Londyn — powtórzyła głucho, siedząc naprzeciwko Bartka w jego kawalerce. — Wyobrażasz sobie? Ja w Londynie!

Bartek oderwał wzrok od Tytusa, który mościł mu się na kolanach, i uśmiechnął się jakoś tak krzywo.

— Super, Juska. Zawsze tego chciałaś.

— No… tak. Tylko Tytusa nie mogę wziąć. Kamil ma uczulenie na sierść. I zresztą twierdzi, że zwierzętom lepiej na miejscu, nie w stresie. A Tytus ma tę wadę serca… wiesz lepiej niż ja.

Bartek przestał głaskać kota.

— Zostawisz go ze mną — powiedział.

— Na pewno?

— On już tu i tak mieszka połowę czasu, odkąd twoja matka nauczyła się otwierać drzwi kopniakiem. Będzie miał spokój.

Justyna chciała coś dodać, ale on już mówił o czym innym — o szczepieniach, o lekach nasercowych, o nowej recepcjonistce w klinice, która myli terminy. A ona czuła, że coś się nie domyka. Że w tej rozmowie jest jakaś dziura, przez którą wieje.

***\

Tydzień później przyszła do Bartka bez zapowiedzi. Był akurat po dyżurze, zmęczony, z podkrążonymi oczami. Usiedli na balkonie, bo w mieszkaniu było za duszno.

— O co chodzi? — zapytał.

— Sama nie wiem. Wszystko jest w porządku. Naprawdę. Kamil to świetna partia, Londyn to spełnienie marzeń, a ja chodzę i nie mogę spać. Ty mi powiedz, co się dzieje. Jesteś moim przyjacielem od zawsze. Gadaj.

Zapadła cisza. Z dołu dobiegał szum Białuchy. Bartek odstawił kubek na parapet.

— Miałem ci coś powiedzieć tamtego dnia, jak znalazłaś Tytusa. Pamiętasz?

— Pamiętam. Byłeś jakiś dziwny.

— Bo nie wiedziałem, jak zacząć. A potem już było za późno, bo pojawił się Kamil i w ogóle…

— Co chciałeś powiedzieć?

Bartek popatrzył na nią. Jego oczy były tego samego koloru co zawsze — piwne, trochę za jasne — ale tym razem Justyna zobaczyła w nich coś, czego wcześniej nie dostrzegała. Jakby odblask od dawna zapalonego światła, którego nikt nie gasił.

— Chciałem powiedzieć, że…

Tuż obok coś trzasnęło. To Tytus zrzucił doniczkę z parapetu. Oboje podskoczyli. Kot dał susa na podłogę i zaczął się myć, jakby nigdy nic.

— Że co? — ponagliła Justyna.

— Nieważne. Głupstwo.

— Bartek!

— Słuchaj, ty masz swoje życie. I masz szansę. Nie będę ci tego komplikował.

Justyna chciała krzyknąć, że już jej skomplikował, ale nie zdążyła. Zadzwonił telefon — Kamil. Przez chwilę patrzyła na wyświetlacz. Potem odebrała.

— Tak, już jadę. Dziesięć minut.

Kiedy odkładała słuchawkę, Bartek już sprzątał rozbitą doniczkę.

***\

Do wyjazdu zostały trzy dni. Mieszkanie było spakowane — dwie walizki i plecak. Tytus siedział na parapecie u Bartka i udawał, że śpi. Justyna ostatni raz przyszła go odwiedzić.

W drzwiach minęła się z matką Bartka, panią Elżbietą. Kobieta popatrzyła na nią przeciągle.

— No, to lecisz do tej Anglii?

— Tak.

— A Bartek zostaje. Z kotem.

Justyna poczuła ukłucie gdzieś w mostku, ale nie dała nic poznać. Weszła do pokoju. Bartek przygotowywał karmę. Tytus łasił się do jego nóg.

— Ładnie razem wyglądacie — powiedziała.

Bartek się nie odwrócił.

— Juska… Czy ty na pewno tego chcesz? Londynu, Kamila, tego całego życia bez nas?

— A co mam robić? Zrezygnować? Po tylu latach harówki?

— Nie wiem. Ja wiem tylko jedno. Że od piętnastu lat czekam na moment, żeby ci powiedzieć, że cię kocham. I za każdym razem, jak już otwieram usta, ty akurat mówisz o czymś ważniejszym. O matce, o studiach, o tej całej robocie. O Kamilu.

W pokoju zapadła cisza.

— To dlaczego nie powiedziałeś? — szepnęła.

— Bo myślałem, że nie zechcesz słuchać. A ja nie chciałem cię stracić. No i masz. Leżysz teraz spakowana i wyjeżdżasz za trzy dni. Więc może już lepiej zostańmy przy tym, co było. Po prostu.

Justyna podeszła bliżej. Tytus zamruczał. Położyła mu rękę na grzbiecie i poczuła, jak kot drży — nie ze strachu, tylko z zadowolenia.

— Zostaw go u mnie — dodał Bartek. — Jedź. Jak się rozmyślisz, to wrócisz. Kot będzie na ciebie czekał. I… ja też.

Justyna nie odpowiedziała. Pocałowała go w policzek i wyszła.

***\

Trzy dni później stała przy okienku odprawy na lotnisku w Balicach. Ruch, tłumy, głos z megafonów. Kamil uśmiechał się do niej, trzymając paszport. Podała swój. Spojrzała na bramkę kontroli bezpieczeństwa.

— Zostawiłaś coś? — zapytał Kamil rzeczowo.

— Tak. Wszystko — powiedziała i cofnęła rękę. — Przepraszam. Nie lecę.

— Co?!

— Nie lecę. Nie mogę. Przykro mi, Kamil. Ale ja nie chcę zaczynać życia od zostawiania za sobą najważniejszych rzeczy. Nie jestem tak zbudowana.

— O czym ty mówisz?! Jakiś kot cię obchodzi bardziej niż ja i cała nasza przyszłość?!

— To nie kot. To… to, że ja przy tobie nie jestem sobą. I nigdy nie będę. Wybacz.

Odwróciła się i odeszła. Kamil coś krzyczał, ale nie słuchała. Minęła pasażerów, ruszyła w stronę wyjścia i łapiąc oddech, zamówiła taksówkę.

Dwadzieścia minut później pukała do drzwi Bartka.

Otworzył zaspany, w dresie i bez koszulki. Za nim, z ogonem uniesionym jak antena, maszerował Tytus.

— Juska? Co się stało?

— Chcę usłyszeć to zdanie — powiedziała, sapiąc. — Jeszcze raz. Od początku.

— Jakie zdanie?

— To od piętnastu lat.

Bartek spojrzał na nią, potem na kota, potem znów na nią.

— Kocham cię. A teraz twoja kolej.

Justyna roześmiała się i jednocześnie poczuła, że po policzkach lecą jej łzy. Tytus wywinął ósemkę między ich nogami i trącił ją łbem w kostkę.

— Kocham was. Ciebie i tego sierściucha — powiedziała. — Nawet nie wiesz, jak bardzo.

Bartek wciągnął ją do środka i zamknął drzwi. Kot miauknął aprobująco i wskoczył na szafkę, żeby mieć lepszy widok na to, co będzie dalej.

Rate article
Wybór