Dwóch kotów

Wrzesień nad Bałtykiem pachniał jodem i wodorostami. Słońce dopiero wyłaziło znać zatoki, kiedy Marek przywiązywał ponton do trapu. Na kei w Helu nie było jeszcze żywej duszy — tylko mewy darły się na pustym parkingu i gdzieś z daleka dobiegał stukot silnika kutra rybackiego.

Marek od ośmiu lat pracował jako instruktor nurkowania. Nie w Egipcie, nie na Malediwach — tutaj, na polskim wybrzeżu. W firmie, która woziła turystów na wraki zalegające na dnie Zatoki Gdańskiej. Firma miała zezwolenia, opłaty, kontrole co kwartał — i wyciskała z załogi siódme poty. Ale Marek nie narzekał. Woda to była jedyna rzecz, która go nie męczyła. Ludzie męczyli go o wiele bardziej.

Łódź, na której pracował, nazywała się „Zefir”. Należała do firmy i woziła jednorazowo do dwunastu osób. Turyści płacili po osiemset złotych od łebka za dwa zejścia. W sezonie grafik był nabity tak, że Marek jadł w drodze i spał po pięć godzin.

No i właśnie któregoś lipcowego dnia na pokład wszedł foka.

Po prostu podpłynął od strony falochronu, gramolił się niezdarnie po schodkach i zwalił na rufową ławeczkę, jakby od zawsze miał wykupiony bilet. Marek stał z wężem do płukania w ręku i patrzył. Foka sapnęła, ułożyła płetwy i zamknęła oczy.

— No bez jaj — mruknął Marek.

Przyniósł z kubryka resztkę świeżych szprotów, które rano dostał od rybaka z Władysławowa. Położył na brzegu ławki. Foka uchyliła ślepie, powąchała i wciągnęła rybę jak makaron.

Dzień później Marek nazwał go Teodor. Imię pasowało — było w tym zwierzęciu coś statecznego i lekko nieobecnego, jak u emerytowanego profesora, który odkrył, że na emeryturze najlepiej spać na słońcu.

Teodor został maskotką „Zefira”. Turyści piszczeli, robili zdjęcia, pytali, czy foka też nurkuje. Marek odpowiadał, że nie, ale za dodatkową opłatą może zaśpiewać. Nie śpiewał — za to potrafił godzinami leżeć pod ławką i cmokać przez sen.

A potem, w połowie sierpnia, Marek dostał kota.

Znalazł go na parkingu przy marinie, kiedy o piątej rano szedł do pontonu. Mały bury kłębek wypadł spod kontenera na śmieci i przykleił się do jego kostki. Mokry, chudy, z jednym okiem zaropiałym i paskudną raną za uchem.

Marek postawił torbę ze sprzętem, przykucnął i przez chwilę mierzyli się wzrokiem.

— Ty nawet nie miauczysz — stwierdził w końcu.

Kot nie miauknął.

— No to chodź.

I tak na pokładzie pojawił się Kacper.

Teodor, kiedy go zobaczył, zamarł. Dosłownie. Uniósł się na przednich płetwach, rozdął nozdrza i wydał dźwięk, jakiego Marek nigdy wcześniej nie słyszał — coś pomiędzy prychnięciem a kaszlnięciem starego diesla. Kacper z kolei nastroszył się tak, że z małego buraska zrobił się kolczasty jeż z ogonem jak szczotka do butelek. Syknął. A potem — uwaga — stanął na tylnych łapkach i pokazał focze pazury wielkości ziarenka ryżu.

Teodor zamachał płetwami i zabulgotał.

Tak minął pierwszy dzień.

Trzeciego dnia Kacper spał pod lewą płetwą Teodora i mruczał tak głośno, że zagłuszał fale.

Nikt nie potrafił tego wytłumaczyć. Turyści przestali nurkować — naprawdę, połowa wolała siedzieć na pokładzie i patrzeć, co robi foka z kotem. Załoga obstawiała zakłady: ile Kacper wytrzyma, zanim Teodor przewróci się na bok i przygniecie go jak wałek do ciasta. Kot był za mały, żeby się spod niego wydostać, ale foka nigdy go nie przygniotła. Ani razu.

Marek notował to wszystko w głowie i nic nie mówił. Nie był gadułą.

Piętnastego września pogoda się zepsuła. Zatoka stała się szara i nerwowa, wiatr wzmógł się do sześciu w skali Beauforta, ale prognozy nie przewidywały niczego groźnego, więc „Zefir” wyszedł w rejs. Na pokładzie było dziewięć osób i dwoje zwierząt. Teodor tradycyjnie leżał na rufie. Kacper tradycyjnie spał pod jego płetwą.

Marek pamięta moment uderzenia, ale tylko jako dźwięk.

Nie było go widać. Kadłub wszedł na coś — nie na skałę, bo na tym kursie nie było skał. Później mówiono, że to wystający element starej, nieoznakowanej barki, której nikt nie wpisał na mapy. Stalowy dziób przebił dno jak otwieracz do konserw.

„Zefir” przełamał się wpół.

Ludzie polecieli do wody. Marek wypadł za burtę, zanim zdążył cokolwiek pomyśleć. Zimno uderzyło w płuca. Prąd ciągnął w dół, potem puścił. Wypłynął, łapiąc oddech, i zobaczył wokół siebie pianę, deski, dryfujące kamizelki i sylwetki krzyczących ludzi.

Od plaży było jakieś czterysta metrów. Na brzegu już ktoś biegał. Ratownicy wyciągali ponton. Marek instynktownie ruszył w stronę tych, którzy słabli — podpływał do każdego, kogo widział, popychał w stronę brzegu, krzyczał, żeby się nie przewracać na plecy.

Kiedy sam dotarł na piasek, nie czuł nóg. Usiadł na kamieniu i położył głowę na kolanach. Słyszał syreny, krzyki, trzask krótkofalówek. Ktoś zarzucił mu koc na ramiona.

— Jest pan cały? Proszę, niech pan usiądzie wyżej, zaraz przyjedzie karetka.

Marek nie odpowiedział. Podniósł głowę i spojrzał w bok.

Na sąsiednim kamieniu leżał Teodor. Cały mokry, oblepiony piaskiem, dyszał jak stary miech kowalski. A pod jego lewą płetwą siedział Kacper i metodycznie wylizywał sobie futro, mrużąc to jedno zdrowe oko.

Marek zamrugał. Spojrzał jeszcze raz.

Foka była na brzegu. Foka nie umie chodzić po lądzie szybciej niż człowiek truchtem. Żeby się tu znaleźć w tym samym czasie co Marek, musiałaby wystartować z wody od razu po uderzeniu i płynąć bez wahania w stronę brzegu. Ale Teodor płynął. I niósł ze sobą kota.

— To pańskie? — Ratownik przykucnął obok i wskazał na kamień. — Bo już próbowaliśmy je rozdzielić, ale ten mniejszy gryzie. Ładna parka. Jak pan je uratował?

Marek potrząsnął głową. Nie powiedział ani słowa. Patrzył na Kacpra, który właśnie skończył się myć, ziewnął i wpakował się głębiej pod płetwę, jakby to było jedyne bezpieczne miejsce na świecie. Teodor przekręcił łeb, dotknął nosem kociego ucha i zamknął ślepie.

Ratownik odszedł. Marek siedział dalej. Myślał o tym, że przez piętnaście lat nurkowania widział wiele rzeczy: wraki, stada śledzi, delfiny wyskakujące za kutrem, kiedy sezonowo przerzucał się na południe. Ale nigdy nie widział, żeby foka ratowała kota.

Może właśnie dlatego nie wrócił już do firmy.

Wiosną następnego roku Marek stał na swoim pomoście przy nowym domu — niedużej, drewnianej chałupie parę kilometrów za Helem, z widokiem na zatokę. Na podwórku, na starym dębowym stole, leżało osiem kotów. Wszystkie bure, wszystkie ze śmietnika. Karmił je rybimi łbami, które dostawał za darmo z przetwórni we Władysławowie.

Na wodzie przed pomostem unosiły się trzy foki. Czekały na pokaz.

Marek wziął gwizdek. Teodor podpłynął pierwszy i klasnął płetwami. Kacper — już nie bury, tylko lśniący, odpasiony i bez śladu po ranie — siedział na pomoście i patrzył. Marek dmuchnął w gwizdek.

I wtedy wszystkie koty, jak na komendę, wstały i ruszyły w stronę wody.

Turyści na kładce zamarli. Ktoś powiedział: — Ja pierniczę. Ktoś zaczął nagrywać. Jakaś kobieta zapytała, czy może pogłaskać fokę. Marek odpowiedział, że nie, ale koty owszem. I to za darmo.

A Kacper zszedł po schodkach na sam dół, przysiadł na ostatnim stopniu i wyciągnął łapę w stronę Teodora.

Foka trąciła ją nosem.

Marek stał z boku i patrzył, jak słońce odbija się od wody, a dwa stworzenia, które nie powinny się nawet znać, witają się tak, jakby robiły to od zawsze. Nie potrzebował już niczego więcej.

Rate article
Dwóch kotów