Krystyna mieszkała sama na końcu ulicy Wrzosowej w małym miasteczku pod Białymstokiem. Miała siedemdziesiąt osiem lat i wielkiego czarnego psa o imieniu Nero, który wyglądał tak, że listonosz od dawna zostawiał paczki przy furtce sąsiada. Był mieszanką owczarka i czegoś, co ważyło ze czterdzieści kilo, z szeroką klatką piersiową i żółtymi, czujnymi oczami.
Syn, Andrzej, od roku przekonywał ją, żeby sprzedała ten dom i zamieszkała w bloku bliżej niego, w Białymstoku. Mówił, że pięćdziesięciometrowy ogród i puste pokoje to już na nią za dużo, a Nero prędzej nastraszy niż pomoże. Krystyna za każdym razem odpowiadała, że ma Nerona i że to jej wystarczy.
Pewnego styczniowego poranka, w kuchni pachnącej wczorajszym bigosem, chciała zdjąć z górnej półki słoik z suszonymi grzybami. Stanęła na palcach, podniosła rękę i wtedy prawa noga po prostu uciekła spod niej, jakby podłoga zrobiła się z lodu. Runęła całym ciężarem na kafelki, uderzając biodrem o kant szafki. Telefon leżał na blacie, za daleko, a ona nie mogła się ruszyć – ostry ból odbierał oddech.
Nero był przy niej, zanim jeszcze przestała krzyczeć. Obrzucił pyskiem jej policzek, szturchnął ramię, polizał dłoń, a potem, kiedy wyszeptała „idź”, pognał do okna w salonie. Szczekał niskim, potężnym basem, od którego drżały szyby. Ujadał bez przerwy, biegał od okna do kuchni i z powrotem, aż w końcu sąsiad z naprzeciwka, dwudziestoletni Dawid, który akurat robił sobie herbatę, wyjrzał na podwórko, słysząc ten hałas.
Zobaczył przez szybę, że Nero stoi przy oknie i szczeka w stronę kuchni, a potem znika w głębi domu, jakby kogoś wołał. Dawid założył kurtkę na piżamę, przeszedł przez ulicę i zapukał. Nikt nie otwierał, tylko pies szalał przy drzwiach. Nacisnął klamkę – było otwarte, Krystyna zawsze zostawiała na noc tylko zasuwkę. Wszedł i znalazł ją na podłodze, bladą, z zaciśniętymi ustami. Nero siedział obok i warczał, dopóki nie zobaczył, że Dawid klęka i dotyka jej dłoni.
Pogotowie przyjechało w niecałe dziesięć minut. Karetka zabrała ją ze złamanym biodrem, a Nero został na noc u Dawida, nie chcąc jeść i piszcząc przy drzwiach.
Krystyna wróciła do domu po dziesięciu dniach, z balkonikiem i kartką od fizjoterapeuty. Andrzej przyjechał od razu, usiadł przy stole i zaczął swoją litanię: że teraz to już na pewno nie może tak mieszkać, że w mieście jest ośrodek dziennego pobytu, że Nero to za mało. Tym razem nie krzyczała, tylko popatrzyła na psa, który położył łeb na jej kolanach, i powiedziała:
– Wiesz co, synu? Mam tu sąsiada, który przez jedno szczekanie wiedział, że trzeba wejść. I psa, który nie przestanie, dopóki nie przyjdzie pomoc. Przeprowadzać się nie mam zamiaru. Już z kimś mieszkam, kto na mnie uważa.
Andrzej westchnął, pojechał z powrotem, a Krystyna została. Tego wieczoru, kiedy powoli siadała na krześle, Nero przyniósł jej w pysku zmięty słoikowy kubek z suszonymi grzybami, ten sam, po który sięgała. Położył go na podłodze obok jej stopy i merdnął ogonem. Roześmiała się pierwszy raz od upadku.
Kilka tygodni później, w marcowy wieczór, kiedy wiatr szarpał gałęziami starej jabłoni, a w kominie wyło tak, że Krystyna nie mogła spać, Nero nagle poderwał się z legowiska. Stanął w drzwiach sypialni, nastroszył sierść i znów zaczął ten sam niski, złowrogi pomruk, który Dawid słyszał w styczniu. Krystyna uniosła się na łokciu, serce zabiło jej szybciej. Pies nie szczekał – tylko stał i warczał w ciemność korytarza.
Po chwili usłyszała ciche pukanie do tylnych drzwi, tych od ogrodu. O tej porze nikt nie puka. Nero ruszył naprzód, a ona zacisnęła palce na telefonie. Pukanie ucichło. Pies jeszcze przez minutę stał przy drzwiach, po czym wrócił, położył się na podłodze obok łóżka i westchnął głęboko, jakby mówił: „swoje zrobiłem”.
Rano zobaczyła ślady butów na mokrej ziemi przy ścieżce. Nie wezwała policji – po prostu podeszła do Nerona, objęła go za szyję i pozwoliła mu polizać się po twarzy.
Teraz, gdy Andrzej dzwoni i znów zaczyna o przeprowadzce, Krystyna mówi tylko: „Mam już stróża, lepszego niż cała kamienica sąsiadów”. I odwiesza słuchawkę. A Nero kładzie się w progu, zamyka oczy i udaje, że śpi, choć jego uszy wciąż są czujne.











