Kocur, którego nikt nie chciał odebrać

Nazywam się Marek Wójcik, mam pięćdziesiąt jeden lat i przez dwadzieścia sześć lat prowadziłem warsztat lakierniczy na obrzeżach Bydgoszczy. Żona, Halina, od zawsze marzyła o psie. Ja też, jeśli mam być szczery — po prostu nigdy o tym tak głośno nie mówiłem. W październiku, w sobotę, kiedy warsztat miał zamknięte, pojechaliśmy do schroniska w Białych Błotach. Za oknami samochodu mijały mokre pola buraków, ktoś palił liście przy jednym z gospodarstw i ten swąd wchodził przez uchyloną szybę aż do samego Bydgoszcza. W radiu leciała jakaś stara piosenka Budki Suflera, Halina ją podśpiewywała, a ja liczyłem w głowie, ile jeszcze kilometrów.

Mieliśmy już kupioną nową matę do samochodu, smycz leżała w reklamówce na tylnym siedzeniu, a w domu od tygodnia stały dwie miski — jedna na wodę, druga na karmę. Wszystko było poukładane. Tak mi się wtedy zdawało.

W schronisku przywitała nas wolontariuszka, dziewczyna po dwudziestce, przedstawiła się jako Agata. Prowadziła nas między boksami, opowiadała historię każdego psa, jakby znała je na pamięć — pewnie tak było. Przy jednym z wybiegów szczekał owczarek mieszaniec, młody, energiczny, ocierał się o siatkę.

— Ten jest świetny do biegania — powiedziała Agata. — Rodzina z dziećmi by go pokochała.

Halina już go głaskała przez siatkę, uśmiechała się do mnie, jakby pytała: ten? Kiwnąłem głową, bo faktycznie wyglądał obiecująco. Ale zanim wyszliśmy, Agata zatrzymała się przy drzwiach.

— Chodźcie, coś wam jeszcze pokażę. Chociaż pewnie was to nie zainteresuje.

Zaprowadziła nas do starego budynku, gdzie trzymali koty. Tam było cicho, aż nienaturalnie, jakby ktoś ściszył dźwięk w telewizorze. Na końcu korytarza stało oszklone pomieszczenie, a w nim siedział on. Ogromny szary kocur, prawdziwy olbrzym, z szeroką paszczą i gęstą sierścią. Nawet nie odwrócił łba, kiedy podeszliśmy. Nie zamruczał, nie otarł się o szybę. Siedział przy oknie i patrzył gdzieś poza schronisko, jakby dawno przestał na coś czekać.

Ja się na kotach nie znam, nigdy nie znałem. W domu rodzinnym mieliśmy psa, kot to był dla mnie zwierzę, które patrzy na ciebie z góry i tyle. Ale przy tej szybie coś we mnie stanęło.

— Jak się nazywa? — zapytała cicho Halina.

— Barnaba — odpowiedziała Agata. — Chory nie jest. Po prostu stary. Trzy lata tu siedzi. Właściciele wyjechali do Niemiec, na stałe, kota zostawili, powiedzieli, że nie mogą zabrać ze sobą.

— I przez trzy lata nikt go nie wziął? — spytałem, choć już przeczuwałem odpowiedź.

— Ludzie chcą kociaki. Albo młode koty. Barnaba jest stary, wygląda surowo, wiele osób się go boi, myślą, że jest niedobry.

Kot jakby usłyszał, że mówią o nim, i powoli odwrócił głowę. Popatrzył na mnie, mrużąc jedno oko, i w tym mrużeniu nie było złości — było zmęczenie, którego nie da się ukryć za żadnymi masywnymi łapami.

Kucnąłem przy szybie, chociaż kolana od razu zaprotestowały — nie jestem już taki młody. Powiedziałem tylko:

— No cześć, stary.

Barnaba przez chwilę się nie ruszał. Potem wstał, powoli podszedł bliżej i dotknął nosem szyby dokładnie naprzeciwko mojej dłoni.

Coś wtedy we mnie pękło, nie umiem tego inaczej nazwać. Odwróciłem się do Haliny. Ona zdjęła rękawiczkę i przyłożyła dłoń do szyby, po drugiej stronie, dokładnie tam, gdzie kot trzymał nos.

— Też to czujesz? — zapytała cicho.

— Tak — powiedziałem.

— Przyjechaliśmy po psa…

— Wiem.

Milczeliśmy jeszcze chwilę. A potem powiedziałem to, co ostatecznie wszystko przesądziło:

— Tego psa ktoś jeszcze weźmie. Prędzej czy później. A on tu tak zostanie.

Agata spojrzała na nas zaskoczona.

— Poważnie?

— Poważnie — odparłem.

Uśmiechnęła się tak szeroko, że w oczach zabłysły jej łzy.

— Nie pamiętam, kiedy ktoś ostatni raz o niego pytał.

W drodze powrotnej Barnaba siedział w transporterze cicho, jakby bał się uwierzyć w to, co się dzieje. Kilka razy zaglądałem do środka przez metalowe drzwiczki. Patrzył na mnie ostrożnie, nieufnie, jakby pytał: to na chwilę?

W domu, w naszym bloku na Fordonie, otworzyliśmy transporter wieczorem. Barnaba nie wyszedł. Poczekaliśmy pół godziny, potem godzinę — w końcu poszliśmy spać, zostawiając drzwiczki otwarte. Rano transporter był pusty, a kota nigdynie znaleźliśmy — dopóki Halina nie zajrzała pod stary kredens w przedpokoju, ten, którego nie ruszaliśmy od remontu. Barnaba wcisnął się tam tak głęboko, że widać było tylko dwoje ślepi w ciemności.

Nie wyszedł ani tego dnia, ani następnego. Miska z karmą stała nietknięta przy kredensie, tylko wodę czasem chlapnął łapą po podłodze. Za trzecim razem, kiedy spróbowałem wyciągnąć go ręką, zostawił mi na przedramieniu cztery czerwone kreski, głębsze, niż się spodziewałem po tak starym zwierzaku.

— Może to był błąd — powiedziała Halina trzeciego wieczoru, siedząc na podłodze przed kredensem z miską w ręku. — Może on już się nie da oswoić.

Zadzwoniłem do Agaty. Powiedziała, żeby dać mu czas, że koty ze schroniska czasem potrzebują tygodnia, żeby uwierzyć, że nikt ich nie odda. Powiedziała też, żeby sprawdzić zęby, bo stare koty często chorują na dziąsła, a wtedy nie jedzą nawet z głodu.

Zawiozłem go do weterynarza na Kapuściska w piątek, wciśniętego siłą do transportera, wściekle miauczącego przez całą drogę. Diagnoza była gorsza, niż się spodziewałem — poważny stan zapalny dziąseł, dwa zęby do usunięcia, operacja pod narkozą, sto dziewięćdziesiąt złotych. Zapłaciłem gotówką, nie licząc, ile jeszcze wydałem od soboty na wizyty i leki.

Po zabiegu Barnaba wrócił do domu osowiały, z ogoloną łapą po kroplówce. Tym razem nie schował się pod kredens. Doczłapał do dywanu w salonie, tam gdzie ciepło szło od kaloryfera, i położył się z ciężkim westchnieniem.

Karmę dla psa, którą kupiliśmy wcześniej na zapas, oddaliśmy sąsiadce z dołu, ma jamnika. Smycz do dziś leży w szufladzie w przedpokoju, nieużywana.

Dziś, kiedy siadam do kolacji, słyszę najpierw ciche stukanie pazurów o panele, a potem czuję, jak coś ciężkiego wskakuje mi na kolana, omal nie przewracając talerza. Barnaba kładzie łeb na moim przedramieniu i mruczy tak głośno, że Halina z kuchni pyta, czy to lodówka znowu haczy. To nie lodówka. To po prostu on, głodny kolacji i mojej ręki na karku, jakby nigdy nie siedział przy żadnej szybie.

Rate article
Kocur, którego nikt nie chciał odebrać