Wziąłem ją ze schroniska w Zabrzu, bo sąsiadka mojej córki gadała, że u niej myszy niszczą całą stodołę na działce. Miałem sześćdziesiąt dziewięć lat, żonę pochowałem trzy lata wcześniej, a działka w Rudkach była jedynym miejscem, gdzie jeszcze czułem się do czegoś potrzebny. Kotka była chuda, szara, z jakąś przetartą obrożą – widać, że ktoś ją kiedyś kochał i potem porzucił. Wziąłem ją nie dlatego, że chciałem mieć zwierzę. Wziąłem, bo pomyślałem: będzie pożytek, przynajmniej z gryzoniami sobie poradzi, a mnie nic to nie kosztuje.
Sąsiadka z działki obok, pani Grażyna, przyjechała na początku maja. Zawsze przyjeżdżała wcześnie, zanim jeszcze ziemia porządnie odtajała. Obok niej, przy swojej furtce, krzątał się jak zwykle Tola, sąsiad z drugiej strony, podlewając rzędy cebuli. Zobaczyłem Grażynę i od razu powiedziałem, jak trzeba:
— Grażyno! Kotki mi nie dokarmiaj. Niech myszy łapie, to jej robota.
Powiedziałem to twardo, bo wiedziałem, jakie są kobiety z tymi zwierzakami – zaraz zrobią z kota rozpuszczonego lenia, co tylko śpi na poduszce. A ja przecież nie po to płaciłem za szczepienia w schronisku, żeby mieć maskotkę. Miałem stodołę, w której po zimie roiło się od myszy, i potrzebowałem kogoś do roboty.
Grażyna popatrzyła na mnie tak, jakbym powiedział coś niestosownego. Nic nie odpowiedziała, odwróciła się i poszła do siebie. Myślałem, że sprawa załatwiona.
Nie wiedziałem wtedy, że zaczęła się wojna, o której nawet nie miałem pojęcia, że toczy się tuż za moim płotem.
Przez całe lato bywałem na działce rzadko – dwa, trzy dni w tygodniu, bo w mieście, w Zabrzu, jeszcze pracowałem dorywczo jako elektryk, dorabiałem do emerytury. Za każdym razem, kiedy przyjeżdżałem, zauważałem, że kotka wygląda inaczej. Sierść gęstsza, brzuch nie tak zapadnięty. Powiedziałem sobie: dobrze, w końcu lato, trawa, jakieś owady, myszy w bród, sama sobie radzi.
Raz zapytałem Grażynę wprost, czy dobrze łapie. Odpowiedziała coś wymijającego, że „chyba tak", że „szwenda się". Nie drążyłem. Miałem swoje sprawy – plecy dokuczały mi coraz bardziej, lekarz mówił o dysku, a ja i tak nie miałem czasu na kotki.
Dopiero pod koniec sierpnia, kiedy przyjechałem na dłużej, żeby zamknąć sezon, zobaczyłem to sam. Kotka – nazywali ją już Mruczką, jak się później dowiedziałem – siedziała na kolanach Grażyny na leżaku, a ta gładziła ją, czytając książkę. Zwierzę wyglądało, jakby nigdy nie znało głodu.
Poczułem coś dziwnego. Nie złość, raczej ukłucie. Jakby mi coś odebrano, chociaż sam nigdy o to nie zabiegałem.
— No proszę — powiedziałem, opierając się o furtkę. — Dokarmiłaś jednak.
— Złapała już pięć myszy — odpowiedziała z wyzwaniem w głosie. — A panu ani jednej nie przyniosła.
To „panu" zabolało bardziej, niż powinno. Bo miała rację. Ja tej kotce dałem tylko miskę na wodę i zakaz. Ona dała jej dom.
Wróciłem do siebie i długo siedziałem na ganku, paląc papierosa, którego lekarz mi zresztą zabronił. Myślałem o żonie, Danucie. To ona zawsze chciała mieć w domu zwierzę, a ja zawsze mówiłem: po co, tylko bałagan. Teraz jej nie było, a ja sam zrobiłem z chudego kota narzędzie do łapania gryzoni, zamiast dać mu to, czego naprawdę potrzebował.
Pod koniec sierpnia zacząłem zwijać działkę na zimę – plecy nie pozwalały mi już zostawać dłużej, a i mieszkanie w Zabrzu, na trzecim piętrze bez windy, samo się nie ogrzeje. Powiedziałem Grażynie, że wyjeżdżam, że kotka może zostać, bo „to jej miejsce", że w komórce przetrwa, dzikich kotów na działkach pełno i jakoś żyją.
Grażyna zmierzyła mnie wzrokiem, od którego zrobiło mi się nieswojo.
— Ona wyrosła w domu — powiedziała cicho, ale twardo. — Nie da rady zimą na dworze. A pan wziął odpowiedzialność, kiedy ją brał ze schroniska.
Zacząłem się tłumaczyć – że wziąłem ją do pracy, nie do towarzystwa, że w tygodniu i tak trzy dni jestem w mieście, że kto ma jej dawać jeść. Kotka, jakby wiedziała, że mowa o niej, wyszła zza domu i stanęła między nami, patrząc to na mnie, to na Grażynę.
— Kici, kici — zawołałem bez przekonania.
Nie ruszyła się z miejsca.
Tej nocy nie mogłem spać. Zadzwoniła córka, Kasia, z Gliwic – gadałem jej wcześniej o kotce, tak przy okazji, żeby było o czym mówić. Ona ma trzy koty i zawsze powtarza mi, że jestem uparty jak stary traktor. Tym razem nie odpuściła.
— Tato, ty naprawdę chcesz ją tam zostawić na zimę? — spytała, a w jej głosie było coś, co mnie zabolało bardziej niż słowa Grażyny. — Zawstydzasz mnie. Weź się w garść.
Długo milczałem w słuchawkę. Potem powiedziałem, że pomyślę.
Rano poszedłem do komórki, wygrzebałem starą, poobijaną transporterkę – jeszcze po kocie sąsiadów sprzed lat, którą ktoś mi zostawił, bo „może się przyda". Wziąłem ją, poszedłem do furtki Grażyny i zapukałem, zanim zdążyłem się rozmyślić.
— Proszę — powiedziałem, podając jej transporterkę. — Dla kotki. Jakbyś chciała zabrać.
Grażyna patrzyła na mnie z niedowierzaniem.
— Córka dzwoniła — dodałem, bo trzeba było coś powiedzieć. — Ma trzy koty, uszy mi urwała o odpowiedzialności. No i… sam widzę, że się z nią zżyłaś. A ona ze mną nawet nie chce gadać.
Kotka wyszła z domu, obwąchała moje buty, otarła się o nogi Grażyny i wskoczyła prosto do otwartej transporterki. Staliśmy oboje jak wryci.
— No i sama zdecydowała — powiedziałem, próbując zażartować, chociaż gardło mi się ściskało.
Odprowadziłem je do bramy, kiedy przyjechała taksówka. Nachyliłem się nad transporterką.
— Ech, ty moja bezużyteczna — powiedziałem, a głos mi się złamał w środku zdania. — Jak ja teraz bez ciebie myszy będę gonił?
Kotka mrugnęła i nie zareagowała. Odjechały, a ja jeszcze długo stałem przy bramie z pustą smyczą w ręku, którą na wszelki wypadek zabrałem z domu i której nawet nie zdążyłem jej założyć.
Zimą, w grudniu, siedziałem sam w kuchni w Zabrzu, popijając herbatę, i pomyślałem, że powinienem napisać. Nie miałem numeru telefonu Grażyny, tylko adres – dała mi go kiedyś na wszelki wypadek. Wziąłem kartkę, długopis i napisałem krótko, bo nie umiem inaczej: „Dzień dobry, Grażyno. Jak tam moja kotka? Nie rozleniwiła się?".
Zawiozłem kartkę do Toli, sąsiada z działki obok, który jechał w tamte strony po jakieś narzędzia z komórki – wiedziałem, że on zna adres Grażyny, bo kiedyś razem odbierali przesyłkę.
Odpowiedź przyszła po dwóch tygodniach. Krótka, ale ciepła: że Mruczka ma się dobrze, że śpi na jej kolanach, kiedy ta robi na drutach, że za oknem pada śnieg, a w kwietniu wracają na działkę.
Odłożyłem kartkę na kuchenny stół, obok zdjęcia Danuty, i sięgnąłem po ołówek. Na odwrocie starego kalendarza, tam gdzie zapisywałem terminy u lekarza i daty przeglądu instalacji, dopisałem jedną linijkę: „Kwiecień – kupić karmę, tę drogą, z Gliwic".











