Przyszłam do schroniska z bardzo konkretnym obrazkiem w głowie. Małe, puszyste, koniecznie pręgowane. Żeby wnuki piszczały z zachwytu, gdy tylko postawię transporter na podłodze. Mój syn, Tomek, od miesięcy słyszał: „Mamo, weź sobie kota, będzie ci raźniej”. Więc w końcu pomyślałam — czemu nie. Pięćdziesiąt pięć lat, pół roku po rozwodzie, mieszkanie na krakowskim Prądniku za ciche nawet przy otwartym oknie. Jesienne wieczory ciągnęły się jak guma do żucia.
Wolontariuszka, dziewczyna z włosami spiętymi w dwa luźne warkocze, zaprowadziła mnie do boksu z kociętami. Maluchy wspinały się po kratkach, wyciągały łapki, popiskiwały. Rude, czarne, jedno szylkretowe z białą plamką na nosie. Dokładnie takie, jakie sobie wyobrażałam. Dzieci by oszalały.
I wtedy zobaczyłam jego.
Siedział w najdalszym kącie pomieszczenia, w klatce ustawionej na uboczu, jakby personel nie do końca wiedział, gdzie go postawić. Duży, czarno-biały kocur z przekrzywioną mordką i jednym uchem złamanym tak, że zwisało mu smętnie w dół. Język wystawał mu na stałe — brakowało większości zębów. Na szyi miał fioletową muszkę, zawiązaną byle jak, pewnie przez kogoś, kto myślał: „niech chociaż ładnie wygląda, skoro już taki jest”.
— To Hiacynt — wolontariuszka ściszyła głos. — Ma dwanaście lat.
— Dwanaście?
— Tak. Dwa razy go oddawano. Ludzie mówili, że jest dziwny. Że patrzy jakoś tak… nie tak. Że dzieci się go boją. No i zdrowie — nerki, zęby, potrzebuje specjalnej karmy, kontroli. Weterynarz mówi, że może pociągnąć jeszcze rok, może dwa, ale nikt nie chce ryzykować.
Hiacynt spojrzał na mnie w tym momencie tak, jakby się spóźniłam na umówione spotkanie i już zdążył stracić nadzieję, że w ogóle przyjdę.
Powinnam była wrócić do kociąt. Ale stałam przed tą klatką i myślałam o tym, jak po rozwodzie znajomi patrzyli na mnie w osiedlowej piekarni. Z lekkim, starannie dawkującym litość przechyleniem głowy. „Trzymaj się, Halinko”. „Jeszcze kogoś spotkasz”. A ja słyszałam tylko: nie wybrano cię.
Mój były mąż, Juliusz, odszedł do kobiety piętnaście lat młodszej. Pracowała w salonie kosmetycznym na Długiej. Na rozprawie nawet nie próbował kłamać. „Tak wyszło”, powiedział i wzruszył ramionami, jakby chodziło o nieudany obiad.
Hiacynt nadal patrzył. Przekrzywiona mordka, wywieszony język, fioletowa muszka.
— No i co, profesorze? — szepnęłam, kucając przy kratkach. — Ciebie też nie chcieli?
Mrugnął powoli, raz, potem drugi. I tyle. Ale już wiedziałam.
Do domu wiozłam go niebieskim transporterem, tym samym, który rano kupiłam na targu pod Halą Targową za czterdzieści złotych. Hiacynt nie miauczał. Położył się na kocu, schował nos pod łapę i spał.
Siostra przyszła wieczorem. Krystyna — starsza o siedem lat, zawsze bardziej praktyczna. Pracuje w administracji osiedla, zna wszystkich, wie wszystko. Postawiła na stole sernik z brzoskwiniami i dopiero potem spojrzała na kota, który właśnie wyszedł z transportera i rozsiadł się na moich papierach rozwodowych. Na pierwszej stronie, dokładnie tam, gdzie nagłówek „Orzeczenie o rozwiązaniu małżeństwa”.
— Czekaj — Krystyna zmrużyła oczy. — Ty żartujesz.
— Na imię ma Hiacynt.
— Hala, miałaś wziąć słodkiego kociaka dla dzieci. Sama mówiłaś.
— Zmieniłam zdanie.
— Zmieniłaś zdanie? — parsknęła, podnosząc do ust kawałek sernika. — Wzięłaś kota z wyprzedaży?
W pokoju zapadła cisza. Nie taka zwykła, tylko ciężka, lepka. Tego typu cisza, która siada na meblach i nie chce zejść. Krystyna chyba zrozumiała, bo nagle przestała żuć. Hiacynt w tym czasie powoli, metodycznie przesunął łapą po stosie dokumentów, jakby sprawdzał ich jakość, po czym położył się na nich całym ciałem. Zamknął oczy.
Na parapecie stała paprotka, którą Juliusz podlewał ostatni raz chyba w maju. Ziemia w doniczce była sucha na wiór.
— Wiesz co — powiedziałam, nie odrywając wzroku od kota — może właśnie dlatego go wzięłam.
Krystyna milczała. Przez osiedlowy korytarz ktoś przechodził z psem, słychać było stukanie pazurów o lastryko.
Miesiąc później Hiacynt rządził mieszkaniem. Spał na poduszce, której od rozwodu nikt nie używał — tej po lewej stronie łóżka. Jadł tylko z płaskiego talerza, bo z miski nie chciał. Miał specjalną karmę nerkową za osiemdziesiąt złotych półtora kilo, a weterynarz na Krowodrzy mówił na niego „dziadek” i zawsze mierzył mu ciśnienie dwa razy.
Tomek, mój syn, przyjechał z wnukami w sobotę. Bliźniaki, Lena i Franek, siedem lat. Weszli, zobaczyli kota, i Lena natychmiast zrobiła krok w tył.
— Babciu, czemu on tak wygląda?
— A czemu ma taką krzywą buzię?
— I ten język…
Hiacynt siedział na dywanie i patrzył na dzieci z miną emerytowanego bibliotekarza, który ma już dość hałasu na sali.
— On jest po prostu starszy — powiedziałam. — I bardzo mądry.
— Ale czy on jest ładny? — zapytał Franek, marszcząc nos.
Nie zdążyłam odpowiedzieć.
— Nie — Lena pokręciła głową. — Nie jest ładny. Ale jest… — zawahała się, szukając słowa. — Prawdziwy.
Drugi raz Hiacynt uratował mi wieczór w grudniu.
Juliusz zadzwonił po dziewiątej. Nie dzwonił od pół roku — wszystkie sprawy majątkowe załatwialiśmy przez adwokatów. Mieszkanie sąd przyznał mnie, ale Juliusz chciał, żebym mu spłaciła połowę wartości. Sto dwadzieścia tysięcy. Pieniądze, których nie miałam i nie zamierzałam pożyczać.
— Hala? — głos w słuchawce był tym samym głosem, który piętnaście lat temu mówił „kochanie” nad poranną kawą. — Musimy pogadać o mieszkaniu.
— Nie mamy o czym.
— Mam kupca.
Poczułam, jak żołądek podchodzi mi do gardła.
— Jakiego kupca?
— Poważnego. Facet chce kupić całość, dwa pokoje z kuchnią w tym stanie to świetna inwestycja, a tobie przypadnie połowa, zamiast się męczyć ze spłatą. Będziesz miała gotówkę, wynajmiesz coś.
Siedziałam na kanapie, a słowa Juliusza wpadały w słuchawkę jak wrzucane do studni kamienie. Każde z nich mokre, ciężkie, zimne. Mieszkanie na Prądniku było moje. Nie nasze — moje. To tu urodziłam Tomka, to tu pielęgnowałam matkę przez ostatnie trzy miesiące jej życia, to na tej podłodze leżałam plackiem po tym, jak Juliusz spakował walizkę i powiedział: „Nie rób scen”.
— Hala? Jesteś?
Hiacynt wstał. Powoli, z godnością, jak zawsze. Przeciągnął się, aż zatrzeszczały mu stawy, po czym podszedł do mnie, położył łapę na moim kolanie i zaczął ugniatać. Rytmicznie, metodycznie, jakby wyrabiał ciasto. Na jego pyszczku malował się absolutny spokój.
— Juliusz — powiedziałam do słuchawki — nie ma takiej opcji.
— Ale…
— Nie sprzedaję. To koniec rozmowy.
Rozłączyłam się. Ręce mi się trzęsły, więc położyłam je na grzbiecie kota. Hiacynt spojrzał na mnie, mrugnął raz i wtulił nos w moją dłoń. Jego mruczenie brzmiało jak stary transformator — nierówne, terkoczące, ale nadal działające.
W styczniu dowiedziałam się, że Juliusz jednak nie odpuścił. Złożył wniosek o podział majątku z żądaniem sprzedaży lokalu. Rozprawa za sześć tygodni.
Krystyna przyszła z lodami, choć był mróz. Zjadłyśmy całe pudełko waniliowych, siedząc w kuchni, a Hiacynt leżał pod kaloryferem i udawał, że nie istnieje. Siostra tym razem nic nie mówiła o kocie. Patrzyła na niego inaczej. Dłużej.
— Wiesz co — mruknęła, oblizując łyżeczkę — gdyby nie ta jego morda, to bym powiedziała, że on wszystko rozumie.
— Bo rozumie — odparłam.
I wtedy właśnie, 4 lutego, Hiacynt zachorował.
Rano nie podszedł do talerza. Leżał na boku, oddychał płytko. Jego zwykle wywieszony język schował się w pysku, co przeraziło mnie bardziej niż cokolwiek innego. W klinice weterynaryjnej na Prądnickiej młoda lekarka z kucykiem obejrzała go, zrobiła USG i powiedziała cicho:
— To nerki. Zaawansowana niewydolność. Możemy spróbować kroplówek, ale…
Nie dokończyła. Nie musiała.
— Ile? — zapytałam, a głos miałam obcy, zduszony.
— Trudno powiedzieć. Może tydzień. Może miesiąc. To stary kot, pani Halino. Dwa lata temu nikt by nie dał mu nawet roku.
Zapłaciłam czterysta złotych za badania, sto osiemdziesiąt za kroplówkę i pojechałam do domu z transporterem na kolanach. W mieszkaniu śmierdziało zupą mleczną, której nie zdążyłam sprzątnąć, a na stole nadal leżały papiery sądowe.
Hiacynt wyszedł z transportera. Chwiejnie, powoli. Doszedł do swojego miejsca na kanapie, wdrapał się z wysiłkiem i położył łeb na poduszce po Juliuszu.
Zadzwoniłam do adwokata.
— Dzień dobry, panie mecenasie. Chciałam zapytać, czy jest sposób, żeby tę rozprawę jakoś…
— Przyspieszyć? — ucieszył się adwokat. — Oczywiście. Możemy złożyć wniosek. Jeśli pani chce, możemy nawet…
— Nie — przerwałam. — Żeby odroczyć. Potrzebuję czasu.
— Pani Halino, sąd raczej nie odroczy rozprawy dla chorego kota.
W słuchawce trzasnęło. Adwokat chyba zmieniał ucho. Usłyszałam szelest papierów i ten charakterystyczny dźwięk, jaki wydaje nóż do kopert.
— Proszę przyjść na rozprawę — powiedział w końcu. — Trzynastego marca, ósma trzydzieści.
Rozłączyłam się i usiadłam obok Hiacynta. Za oknem padał deszcz ze śniegiem, typowy luty. Na sąsiednim balkonie ktoś zapomniał zdjąć świąteczne lampki, wciąż migały — niebieskie, czerwone, zielone. Hiacynt oddychał. Płytko, nierówno, ale oddychał.
— Nie umieraj przed rozprawą — szepnęłam mu do ucha. — Proszę cię. Tylko nie przed rozprawą.
Otworzył jedno oko. Spojrzał na mnie tak, jak patrzył zawsze — jakby czekał, aż skończę mówić, żeby mógł wyrazić swoją opinię. A potem zamknął oko i mruknął.
Transformator znów działał.
Trzynastego marca wstałam o szóstej. Hiacynt spał. Od tygodnia jadł tylko papkę z puszczy, weterynarz mówił, że nerki działają już na dziesięć procent, ale kocur trzymał się twardo. Rano wypił trochę wody i wrócił na kanapę.
W sądzie przy Przy Rondzie Juliusz czekał pod salą rozpraw w towarzystwie swojej nowej partnerki — kobiety o starannie podkręconych rzęsach i paznokciach w kolorze malinowym. Patrzyła na mnie z mieszaniną ciekawości i lekkiego zażenowania.
— Hala — Juliusz podszedł, zniżając głos — daj spokój. Sprzedajmy to mieszkanie i rozejdźmy się jak ludzie.
— Nie — uśmiechnęłam się. Pierwszy raz od dawna czułam, że uśmiech naprawdę dochodzi do oczu. — Nie sprzedam.
— Przegrasz. Sąd nakaże sprzedaż i będzie po sprawie.
— Może.
Weszliśmy na salę. Sędzina, kobieta około sześćdziesiątki w okularach na łańcuszku, przejrzała akta, wysłuchała obu stron. Adwokat Juliusza mówił o „racjonalnym podziale majątku”, o tym, że „lokal jest zbyt duży dla jednej osoby”, że „strona powodowa ma realną ofertę kupna”.
Mój adwokat odczytał wycenę. Pokazał, że nie stać mnie na spłatę.
— Wysoki sądzie — powiedział adwokat Juliusza — to klasyczna sytuacja. Nie ma zgody, jest oferta. Należy zarządzić sprzedaż.
Sędzina zdjęła okulary.
— Pani Halino — spojrzała na mnie — czy chce pani coś dodać?
Wstałam. Nie byłam przygotowana na przemówienie, nie miałam kartki, nie miałam argumentów. Miałam tylko to.
— Wysoki sądzie — głos mi się załamał — ja po prostu nie mam dokąd pójść. To znaczy… formalnie mogę wynająć cokolwiek. Ale… — przełknęłam ślinę. — Mój kot umiera. Ma dwanaście lat, chore nerki, weterynarz daje mu dni. Może tygodnie. I nie chcę, nie mogę, żeby umierał w obcym miejscu. W transportowaniu, w nowym mieszkaniu, w strachu.
Na sali zapadła cisza. Inna niż wszystkie — gęsta, nieruchoma. Nawet protokolantka przestała stukać w klawiaturę.
Juliusz prychnął:
— Kot? Pani sędzio, ona mówi o kocie!
— Proszę zachować spokój — sędzina podniosła dłoń.
I wtedy, nie do końca wiedząc, dlaczego to robię, sięgnęłam do torebki i wyjęłam zdjęcie. Zrobiłam je tydzień temu telefonem — Hiacynt na kanapie, w swojej fioletowej muszce, z wywieszonym językiem i przekrzywionym łbem.
— Nazywa się Hiacynt — powiedziałam, podając fotografię woźnemu. — Dwa razy go oddawali do schroniska. Nikt go nie chciał, bo jest stary i brzydki. Ma dwanaście lat. Ja go wzięłam pół roku temu. I proszę tylko o jedno — żeby mógł umrzeć tam, gdzie jest w domu.
Sędzina wzięła zdjęcie. Patrzyła na nie dłuższą chwilę. Tak dłuższą.
Juliusz poderwał się z krzesła:
— Pani sędzio, to absurd! Ona manipuluje!
— Niech pan siada — głos sędziny był cichy, ale ostry jak skalpel.
Zapadła w siebie. Patrzyła na fotografię Hiacynta, a potem podniosła wzrok znad okularów i popatrzyła na mnie. Coś w tym spojrzeniu było — zmęczenie, może wspomnienie własnego kota sprzed lat, może zwykłe ludzkie zrozumienie.
— Sąd odracza rozprawę — powiedziała. — Na sześć miesięcy.
— Co?! — Juliusz aż pobladł. — Na jakiej podstawie?!
— Na podstawie okoliczności wymagających dodatkowego rozpoznania. Proszę o kolejny termin uzgodnić w sekretariacie.
Wyszłam z sądu w południe. Padał marzec, mokry, ciepławy. Kupiłam w piekarni dwa pączki — jeden dla siebie, jeden dla Krysi, która czekała pod sądem z termosem herbaty.
Hiacynt zmarł w maju. We własnym domu. Na tej samej poduszce po Juliuszu, na której spał od pierwszego dnia.
Ostatniej nocy siedziałam przy nim. Nie miauczał, nie skarżył się. Po prostu oddychał coraz wolniej, aż przestał. Wywieszony język schował się do pyszczka, jakby przed wyjściem chciał wyglądać na poważnego.
Pochowałam go na cmentarzu dla zwierząt w Tyńcu, pod starym dębem. Fioletowa muszka poszła razem z nim.
W sierpniu sąd podzielił majątek. Dostałam rok na spłatę Juliusza, a nie nakaz natychmiastowej sprzedaży. Adwokat mówił, że to rzadkość. Ja myślę, że sędzina do dziś ma gdzieś zdjęcie starego kota z wywieszonym językiem.
Teraz jest listopad. Na kanapie siedzi nowy kot — młody, czarny dachowiec, którego wnuki nazwały Węgiel. Jest śliczny, wszyscy go kochają. Ale czasem, wieczorem, kiedy Węgiel gania za zabawką, patrzę na poduszkę po lewej stronie łóżka i przypominam sobie tamto spojrzenie. Spóźniła się pani, zdawało się mówić. Ale w końcu pani przyszła.
Krystyna zadzwoniła wczoraj.
— Hala? — usłyszałam jej głos. — W sobotę schronisko robi akcję adopcyjną. Pojedziesz ze mną?
— Po co?
Cisza w słuchawce. A potem:
— Są tam dwa stare koty. Brytyjczyki, bracia. Jedenaście lat. Nikt ich nie chce, bo trzeba je brać razem, a one tylko leżą i patrzą. Pomyślałam, że może…
Nie dokończyła.
— O której? — zapytałam.
— O dziesiątej.
— Przyjeżdżaj po mnie. Mam transporter.
Za oknem zapalały się latarnie.












