Agata Wiśniewska miała trzydzieści cztery lata i mieszkała w Gdyni, w kawalerce z widokiem na port, gdzie wieczorami pachniało solą i smażoną rybą z budki na rogu. Od osiemnastu miesięcy planowała ślub z Tomkiem — każdy detal, każdy kwiat, każdą piosenkę na pierwszy taniec. Suknia wisiała już w szafie, w czarnym pokrowcu, jak trumna na kółkach.
Rezerwacja willi pod Sieną była opłacona w całości — jedenaście tysięcy złotych, bez zwrotu. Trzydzieści osób miało przylecieć: rodzice, siostra z dzieckiem, przyjaciółki ze studiów, ciotka Halina, która obiecała upić się winem i zaśpiewać przy ognisku. Wszystko było gotowe. Zostało tylko jedno — pan młody.
Tomek zadzwonił we wtorek, dziewiąte dnia przed ceremonią. Nie przyjechał, nie napisał wcześniej, po prostu zadzwonił i powiedział, że nie czuje tego tak, jak powinien czuć. Że przepraszam. Że to nie jej wina.
— Czyli jak to: nie czujesz? — Agata stała w kuchni z telefonem przy uchu i patrzyła na otwartą lodówkę, w której stało sześć butelek szampana kupionych na próbę generalną.
— Ja po prostu… nie wiem. Potrzebuję czasu.
— Masz siedem dni, Tomku. Nie siedem miesięcy.
On nic na to nie odpowiedział. Rozłączył się pierwszy.
Agata usiadła na podłodze kuchni, obok lodówki, i przez dwadzieścia minut nie ruszała się wcale. Telefon leżał na kafelkach, ekran pogasł. Za oknem przejechał tramwaj numer dwadzieścia, ten sam, którym jeździła do pracy w biurze projektowym przy ulicy Świętojańskiej. Normalnie ten dźwięk ją uspokajał. Teraz nic nie uspokajało.
Pierwsza myśl była prosta: trzeba odwołać wszystko. Zadzwoniła do matki, Danuty, i powiedziała to jednym zdaniem, bez ozdobników. Danuta przyjechała pół godziny później z termosem herbaty i bez żadnych pytań — po prostu siadła naprzeciwko córki przy stole i czekała, aż ta zacznie mówić sama.
— Wiesz co jest najgorsze? — powiedziała Agata po trzeciej filiżance. — Że willa jest opłacona. Catering jest opłacany. Bilety dla trzydziestu ludzi są kupione. Jedyne, czego nie ma, to ślub.
Danuta odstawiła filiżankę.
— To jedź bez ślubu.
— Co?
— Willa stoi. Jedzenie będzie. Ludzie mają bilety. Odwołaj ceremonię, nie całą podróż.
Agata przez chwilę myślała, że matka żartuje. Ale Danuta miała tę twarz, którą miała zawsze, kiedy mówiła poważnie — bez uśmiechu, z rękami splecionymi na blacie stołu pokrytym ceratą w kwiatki, tym samym obrusem, który był w domu od dwudziestu lat.
Agata napisała do wszystkich trzydziestu osób jedną wiadomość w grupie na WhatsAppie: "Ślubu nie będzie. Wyjazd do Toskanii — jest. Kto chce, leci. Reszta — rozumiem." Odpowiedzi przyszły w ciągu godziny. Dwadzieścia siedem osób napisało, że lecą. Trzy odpadły z powodów rodzinnych, niezwiązanych z sytuacją.
Suknię Agata zostawiła wisiącą w szafie. Spakowała zamiast niej trzy letnie sukienki, sandały i okulary przeciwsłoneczne, które miały być "na after party". Do walizki wrzuciła też butelkę wódki żołądkowej — na wypadek, gdyby włoskie wino nie wystarczyło.
Willa stała na wzgórzu dwadzieścia minut jazdy od Sieny, z basenem, z widokiem na winnice i cyprysy, które wyglądały jak narysowane. Pierwszego wieczoru nikt nie wiedział, jak się zachować. Catering przywiózł jedzenie zamówione na ceremonię — tatar z tuńczyka, risotto z grzybami porcini, tort weselny, trzypiętrowy, biały, z cukrowymi różami. Nikt nie wiedział, czy go kroić.
Ciotka Halina rozwiązała problem sama. Wzięła nóż, podeszła do tortu i powiedziała na cały głos:
— Jeśli nie będzie wesela, to przynajmniej będzie tort. Agata, podejdź.
Agata podeszła. Nie z łzami, czego się bała, ale ze śmiechem, którego się nie oczekiwała. Pokrojono tort tak, jakby to był zwykły deser po kolacji, nie symbol niczego. Ojciec puścił z telefonu playlistę, którą miał na weselu zagrać DJ — te same piosenki, ten sam porządek. Przyjaciółka ze studiów, Marta, wstała pierwsza do tańca, sama, na trawie, z kieliszkiem w ręku, i po chwili przyłączyła się cała reszta.
Tańczyli do drugiej w nocy. Nikt nie wspominał imienia Tomka — ani raz, przez cały tydzień. Rano siódmego dnia, kiedy miała się odbyć ceremonia, Agata wstała o szóstej, zrobiła sobie kawę na tarasie i patrzyła, jak słońce wychodzi spoza wzgórz. Nie płakała. Zjadła croissanta, który został z poprzedniego dnia, i poszła popływać w basenie, sama, zanim ktokolwiek się obudził.
Po powrocie reszty grupy do Polski Agata nie wróciła od razu. Została jeszcze dziesięć dni z matką — pojechały razem na Wybrzeże Amalfitańskie, do Positano, gdzie wynajęły pokój z balkonem nad morzem za sto dwadzieścia euro za noc. Nazwały ten wyjazd między sobą "miesiącem miodowym z mamą". Piły limoncello na tarasie restauracji wykutej w skale, jadły spaghetti alle vongole, kupowały sandały ze skóry na targu przy porcie.
Czternastego dnia podróży Agata zadzwoniła do notariusza w Gdyni i poprosiła o rozwiązanie wspólnej umowy na wynajem lokalu, który z Tomkiem mieli podpisać razem po ślubie — mieszkanie trzypokojowe na Oksywiu, czterdzieści dwa metry, które już było zarezerwowane u dewelopera z zaliczką osiem tysięcy złotych wpłaconą przez nią samą. Odzyskała zaliczkę w całości, bo umowa deweloperska nie była jeszcze podpisana przez obie strony — tylko przez nią.
Tomek napisał raz, w trzecim tygodniu, pytając, czy mogliby się spotkać. Agata odpisała jednym zdaniem: "Wróciłam z podróży poślubnej. Z mamą. Było świetnie." Nie odpisał więcej.
Po powrocie do Gdyni suknia nadal wisiała w szafie. Agata zdjęła pokrowiec, przymierzyła ją jeszcze raz przed zwierciadłem w przedpokoju — nie z żalem, raczej z ciekawości, jak będzie wyglądać teraz, kiedy nic już nie znaczy — i zapakowała do pudła. Oddała ją przyjaciółce z fundacji pomagającej kobietom w kryzysie, która organizowała wypożyczalnię sukien ślubnych za symboliczną opłatę. Suknia trafiła do innej kobiety, w innym mieście, na inny ślub, który się odbył.










