Suknia ze złotą nicią pod poduszką w Pałacu Branickich

Zofia Kraus miała dwadzieścia dwa lata, kiedy pierwszy raz przekroczyła bramę pałacu w Białymstoku, żeby pracować jako pokojówka u hrabiego Konstantego Branickiego. Przyjechała z Supraśla, z rodziny, w której ojciec od lat chorował na płuca, a matka szyła na zamówienie dla sąsiadek, żeby wystarczyło na chleb i węgiel. Zofia nie myślała o niczym wielkim. Chciała tylko dostawać wypłatę co miesiąc — osiemnaście złotych, licząc grosz do grosza — i odkładać na podróż ojca do lekarza w Warszawie.

Praca okazała się cięższa, niż się spodziewała. Dziewczyny wstawały o piątej, zanim dzwony kościoła Świętego Rocha wybiły pierwsze uderzenie, a kładły się po jedenastej w nocy. Nosiły wiadra z wodą po trzech piętrach, prały pościel w lodowatej wodzie, froterowały parkiety w salach balowych, które ciągnęły się bez końca. Jadły niewiele — zupę i kawałek chleba, czasem trochę kaszy. Ale głód nie był najgorszy. Najgorszy był sam hrabia.

O Branickim mówiono po cichu, w kuchni, między praniem i krochmaleniem. Mówiono, że jeśli ktoś coś zepsuje albo źle wykona polecenie, hrabia nie tylko wyrzuca winnego z pracy bez wypłaty, ale potrafi dopilnować, żeby cała rodzina winowajcy straciła dach nad głową w okolicy. Starsza pokojówka, pani Halina, która pracowała w pałacu od dwudziestu lat, ostrzegła Zofię już pierwszego dnia.

— Nigdy, pod żadnym pozorem, nie wchodź do komnat hrabiego, jeśli nie masz wyraźnego polecenia — powiedziała, wiążąc chustkę pod brodą. — A jak już musisz wejść, patrz, gdzie stawiasz nogi, i nie siedź tam ani chwili dłużej, niż trzeba.

Zofia tylko przytaknęła. Nie przypuszczała, że te słowa wrócą do niej już za tydzień.

Co dwa tygodnie, w niedzielę po mszy, Zofia pisała do matki list, a w list wkładała dwa, czasem trzy złote. Odpowiedź przyszła dopiero po miesiącu, bo matka musiała poprosić sąsiada, żeby zaniósł list na pocztę. Ojciec, pisała matka, dostał nową gorączkę i lekarz z Supraśla powiedział, że dłużej czekać nie można, że płuca nie wytrzymają kolejnej zimy. Zofia schowała ten list pod poduszką, razem z resztą, i liczyła: jeszcze cztery miesiące, jeszcze trzy, jeśli odłoży więcej.

Tego dnia kazano jej posprzątać sypialnię hrabiego na pierwszym piętrze, w skrzydle z widokiem na park. Wytarła mahoniowe biurko, wymieniła świece w świecznikach, wygładziła lnianą pościel z ręcznie haftowanym monogramem na wielkim łóżku z baldachimem. Od trzech dni prawie nie spała — list od matki przyszedł właśnie wtedy, a Zofia pół nocy liczyła w głowie, ile jeszcze trzeba odłożyć, zanim wracała do pracy o piątej. Kiedy skończyła ścielić łóżko, usiadła na chwilę na jego skraju, żeby rozprostować kolana, które bolały od froterowania. Nie zauważyła nawet, kiedy zamknęła oczy. Minutę później spała głębokim snem, skulona na chłodnej pościeli.

W tym samym czasie po korytarzach pałacu rozniosła się wiadomość, która wywołała panikę.

— Hrabia wraca z Warszawy wcześniej niż planowano!

Służba rozbiegła się po swoich stanowiskach. Ktoś przypomniał sobie, że Zofia wciąż jest w komnatach na górze.

— Boże, żeby tylko zdążyła wyjść…

Było już za późno. Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Hrabia Branicki wszedł do sypialni, zdjął rękawiczki i zamarł w połowie kroku. Na jego łóżku, wśród jego pościeli, spała pokojówka. Lokaj, który stał za nim w progu, wstrzymał oddech. W korytarzu zrobiło się tak cicho, że słyszalny był tylko trzask knota w świecy.

Hrabia podszedł bliżej. Stał nad łóżkiem długo, dłużej, niż ktokolwiek mógł się spodziewać. Widział popękane od prania ręce, czerwone pęknięcia na kostkach palców, które nawet we śnie trzymała zaciśnięte, jakby wciąż ściskały ścierkę. Widział prostą sukienkę pokojówki pomiętą od snu i siniak na przedramieniu po uderzeniu wiadrem na schodach. Powiedział tylko, cicho:

— Nie budźcie jej.

Lokaj spojrzał na niego, pewny, że się przesłyszał. Branicki powtórzył, głośniej:

— Niech odpocznie.

Kazał przynieść koc i sam okrył nim Zofię. Potem nakazał, żeby nikt nie zakłócał jej snu, i wyszedł z pokoju tak cicho, jak tylko mógł.

Kiedy ta historia obiegła służbę, nikt nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. Hrabia, którego obawiali się nawet zarządcy folwarków i stajenni, po raz pierwszy od lat pokazał coś innego niż chłód — ale nikt, włącznie z nim samym, nie wiedział jeszcze, co to miało znaczyć.

Przez następne tygodnie nic się nie wydarzyło. Zofia wróciła do swoich obowiązków, czekając co dzień na wezwanie do gabinetu zarządcy i na wypłatę z potrąceniem, może nawet na wymówienie. Nic takiego nie nastąpiło. Zauważyła tylko, że hrabia zaczął pytać kamerdynera, czy w kuchni wystarcza węgla na zimę, czego wcześniej nigdy nie robił, i że kazał lekarzowi z miasta obejrzeć nogę jednego ze stajennych, który skarżył się na ropiejącą ranę. Halina, krochmaląc fartuchy, mruczała pod nosem, że "pan się czymś zafrasował", ale nikt nie umiał powiedzieć, czym.

Branicki widział Zofię w ogrodzie, kiedy nosiła bieliznę do suszenia na wietrze, który trzaskał prześcieradłami jak żagle. Widział ją w kuchni, kiedy oddawała swoją porcję chleba młodszej dziewczynie, mówiąc, że "jadła już na kolację u cioci", choć żadnej ciotki w Białymstoku nie miała. Raz, mijając korytarz, usłyszał, jak śpiewa coś po tutejszemu, nisko, do siebie, froterując parkiet, i stał pod drzwiami dłużej, niż wypadało stać hrabiemu pod drzwiami własnej sali balowej.

Nie podjął żadnej decyzji od razu. Przez dwa tygodnie kazał zarządcy, panu Wojniczowi, przygotować księgi płac wszystkich służących w pałacu — pretekst, powiedział, do "porządków przed świętami" — a potem siedział nad nimi do późna, licząc, ile właściwie płaci za czternaście godzin stania na nogach. Liczby nie dawały mu spokoju bardziej niż sama Zofia.

Pewnego dnia wezwał Zofię do swojego gabinetu. Dziewczyna szła tam z drżącymi rękami, przekonana, że nadeszła wreszcie kara za tamten dzień, że po tygodniach zwłoki hrabia po prostu zwleka z wyrzuceniem jej z pracy albo z czymś gorszym. Weszła, dygnęła, nie podnosząc wzroku na stojący przed nią biurko zawalone księgami.

Hrabia milczał długo, przesuwając palcem po kancie jednej z ksiąg płac. Kiedy się odwrócił od okna, mówił z trudem, jakby słowa układały mu się dopiero teraz, przy niej, nie wcześniej.

— Rachowałem dziś noc, co płacę wam za rok pracy, i wyszło mi, że taniej utrzymuję konie w stajni. Nie umiem powiedzieć, kiedy zacząłem o tym myśleć. Chyba od tamtego dnia na łóżku. Myślałem, że to przejdzie, jak przechodzi gorączka. Nie przeszło.

Zofia podniosła głowę, nie rozumiejąc, dokąd to prowadzi. Hrabia podszedł do biurka, otworzył szufladę i wyjął z niej pudełko z pierścionkiem — prostym, bez ozdób, które kiedyś należało do jego matki. Powiedział, że chce ją poślubić i uczynić panią tego domu, i że wie, jak to brzmi, i że sam się tego słowa "żona" wstydzi wypowiadać, bo nie jest pewien, czy zasłużył, żeby je wypowiadać komukolwiek.

W wielkiej sali, gdzie zwykle odbywały się przyjęcia, zapadła głucha cisza, kiedy ogłosił to przed całym dworem. Nikt nie wierzył własnym uszom. Jeszcze wczoraj była pokojówką, którą można było wyrzucić za najmniejsze przewinienie, a teraz miała stać się żoną samego hrabiego.

Nie wszyscy przyjęli to z radością. Zarządca majątku, pan Wojnicz, który od lat liczył na to, że po śmierci bezdzietnego wuja hrabiego przejmie w swoje ręce administrację folwarków w Choroszczy, zaczął rozsyłać do sąsiednich dworów listy, w których pisał, że Branicki postradał rozum i że majątek, obciążony długami po ojcu hrabiego, nie przetrwa roku pod zarządem dziewczyny "znalezionej w pościeli". Namówił też jednego z dostawców drewna, żeby na tydzień przed ślubem wstrzymał dostawy do pałacu, tłumacząc się brakiem towaru, choć towar stał na jego składzie w Choroszczy. Branicki, kiedy się o tym dowiedział od Haliny, nie krzyczał. Pojechał osobiście do składu, zapłacił za drewno z własnej kieszeni podwójną cenę i kazał je przywieźć tego samego dnia. Wojnicza wezwał do gabinetu dopiero wieczorem, wysłuchał go raz, spokojnie, a potem kazał mu spakować rzeczy i opuścić pałac do końca tygodnia, bez listu polecającego. Wojnicz stał jeszcze trzy dni przed zamkniętą bramą folwarku w Choroszczy, zanim pojął, że nikt mu już nie otworzy.

Zofia, zanim wyjechała do kościoła w dniu ślubu, poszła najpierw do kuchni, gdzie na kuchennym stole parował jeszcze bigos gotowany na jutrzejsze przyjęcie. Przed Haliną i resztą służby położyła na stole kopię dokumentu, który hrabia podpisał na jej prośbę tydzień wcześniej: zniesienie najcięższych kar cielesnych w pałacu, skrócenie dnia pracy do czternastu godzin, podwojenie racji żywnościowych i jeden dzień wolny w tygodniu dla każdego służącego. Pod dokumentem widniał jej podpis, nie jako pokojówki, a jako przyszłej hrabiny.

Z kieszeni fartucha, który jeszcze miała na sobie pod suknią ślubną, wyjęła ostatni list od matki, złożony tak wiele razy, że papier przetarł się na zgięciach. Ojciec zmarł trzy miesiące wcześniej, zanim zdążyła odesłać pieniądze na podróż do Warszawy, zanim zdążyła napisać, co się z nią dzieje. Matka napisała tylko: "Pochowaliśmy go przy kościele, nie czekał już na twój list". Zofia przeczytała to raz w swoim pokoju i nie płakała przy nikim, tylko zszyła wtedy w nocy dziurę w swoim najlepszym fartuchu, bo ręce musiały robić coś, kiedy głowa nie umiała ułożyć tej wiadomości w żadną całość.

Teraz położyła ten list na stole, przy dokumencie, i wygładziła go dłonią, tak jak się gładzi pościel.

— Niech to zostanie w kuchni — powiedziała tylko Halinie. — Żeby ktoś pamiętał, za co to wywalczono.

Potem wyszła do powozu, który czekał przed bramą pałacu w Białymstoku. Woźnica trzasnął lejcami, koła zazgrzytały na bruku, a w oknach kuchni służba patrzyła długo w ślad za powozem, aż zniknął za rogiem alei lipowej, i jeszcze długo czuć było w powietrzu zapach kwitnących lip, zmieszany z dymem z kuchennego kominka.

Rate article
Suknia ze złotą nicią pod poduszką w Pałacu Branickich