Szczecin, przystanek tramwajowy przy Wałach Chrobrego, koniec sierpnia. Bożena Kaczmarek stoi z termosem herbaty i lornetką w plastikowej torbie z Biedronki, czeka na prom do Świnoujścia. Ma sześćdziesiąt jeden lat, przez trzydzieści z nich uczyła biologii w technikum, a teraz, na emeryturze, jeździ tam, gdzie kiedyś jeździła z klasą na wycieczki – tylko sama.
Tego dnia jedzie zobaczyć coś, o czym pisali w lokalnej gazecie: sztuczną wyspę na Zalewie Szczecińskim, usypaną z piasku wydobytego podczas pogłębiania kanału żeglugowego do portu w Świnoujściu. Bez hoteli. Bez dróg. Bez ani jednego stałego mieszkańca – tylko ptaki.
Bożena nie jedzie tam z czystej ciekawości. Trzy lata wcześniej jej mąż, Ryszard, kupił kawałek łąki nad zalewem – dwa hektary, miał tam postawić domek letniskowy, przystań, może nawet wynajmować pokoje turystom. Umarł, nie dokończywszy nawet fundamentów. Ziemia leży teraz zarośnięta, a syn, Marek, który mieszka w Hamburgu i przyjeżdża do Polski raz na dwa lata, chce ją sprzedać dla deweloperów budujących domki letniskowe na wybrzeżu.
– Mamo, to dwieście osiemdziesiąt tysięcy złotych, ja rozumiem sentyment, ale to leży i gnije – powiedział jej przez telefon tydzień wcześniej, głosem człowieka, który już policzył wszystko w euro.
Bożena nie odpowiedziała mu wtedy nic konkretnego. Powiedziała tylko, że musi to przemyśleć, i odłożyła słuchawkę, zanim zdążył dodać coś o terminach notarialnych.
Prom płynie czterdzieści minut. Na pokładzie pachnie olejem i smażoną rybą z bufetu, radio gra starą piosenkę Maanamu, ktoś z załogi karmi mewy chlebem, choć na tablicy wisi zakaz. Bożena nie patrzy na mewy – przez lornetkę szuka w oddali niskiego, piaszczystego garbu, który ma dopiero dwa lata, a już, jak pisali, zajęły go rybitwy i mewy srebrzyste, żeby budować gniazda tam, gdzie żaden lis, żadna kuna i żaden człowiek nie dojdzie.
Wysiada w Świnoujściu i bierze taksówkę wodną – jedyny sposób, żeby podpłynąć blisko, bo na samą wyspę nie wolno wchodzić. Sternik, chłopak może dwudziestopięcioletni, w kurtce z logo urzędu morskiego, mówi jej, nie pytany, że ta wyspa powstała z piasku wybaggrowanego podczas poszerzania kanału, że miała kosztować kilkanaście milionów złotych budowy nasypu, ale że dla portu to był materiał, który i tak trzeba było gdzieś wywieźć – więc postanowili wywieźć go z sensem.
– Pani widzi tam te czarne punkty? To rybitwy białoczelne. W zeszłym roku ich tu w ogóle nie było – mówi, zwalniając silnik, żeby łódź nie robiła za dużej fali.
Bożena patrzi długo. Piasek, trawa morska posadzona specjalnie, żeby się nie rozmywał, kilkaset ptaków, które hałasują, krzyczą, latają w kółko nad gniazdami. Żadnego betonu. Żadnej tablicy z nazwą inwestora.
I w tym momencie, z lornetką przy oczach, myśli nie o ptakach, a o synu. O tym, że on od razu widzi w ziemi liczbę, a ona od dawna widziała w niej tylko problem, którego nie umiała rozwiązać – zarośniętą, bezużyteczną działkę, za którą płaci podatek i o której nie wie, co ma myśleć.
Trzy tygodnie później Marek przylatuje do Szczecina specjalnie na podpisanie umowy. Spotykają się w biurze notarialnym na ulicy Jagiellońskiej, piętro wyżej nad sklepem z materacami. Notariusz, pan Dudek, starszy mężczyzna z nawykiem postukiwania długopisem o biurko, już przygotował dokumenty – deweloper, firma z Koszalina, czeka tylko na podpis.
– Mamo, podpisujemy, tak? – pyta Marek, siadając, jakby to była formalność.
Bożena wyjmuje z torby teczkę – nie tę od notariusza, swoją, z szarego kartonu, związaną gumką. W niej mapa działki, wydruk artykułu o wyspie na zalewie i pismo z Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Szczecinie, które zdobyła dwa tygodnie wcześniej po trzech telefonach i jednej wizycie osobistej.
– Nie podpisuję tego z deweloperem – mówi. – Oddaję działkę fundacji ornitologicznej. Na trzydzieści lat w użytkowanie, z opcją przedłużenia. Mają tam zrobić punkt obserwacyjny dla ptaków przylatujących z tej wyspy na zimowanie.
Marek patrzy na nią, jakby nie zrozumiał słów po polsku.
– Mamo, to jest dwieście osiemdziesiąt tysięcy złotych. Fundacja ci da ile, pięć tysięcy rocznie dzierżawy?
– Fundacja nie da mi nic. I nie musi.
– To ja dostanę kiedyś po tobie dwa hektary chwastów, które nic nie przynoszą.
– Dostaniesz dwa hektary, na których coś żyje. To więcej, niż tata zostawił, zanim zdążył to zabetonować.
Pan Dudek, nieśmiało, pyta, czy mają przełożyć termin. Bożena kładzie na stole pismo z fundacji – już podpisane przez nią wcześniej, już zarejestrowane w gminie. Mówi, że to nie jest do przełożenia, bo decyzja już zapadła, i że przyszła tylko poinformować syna, zanim się o tym dowie z aktu notarialnego wysłanego pocztą.
Marek wychodzi z biura bez pożegnania, telefon przy uchu – dzwoni pewnie do dewelopera, żeby odwołać termin. Bożena siedzi jeszcze chwilę, zbiera papiery z powrotem do szarej teczki, związuje ją gumką. Pan Dudek pyta, czy chce kawę, zanim pójdzie.
Pół roku później na łące stoi już drewniana wieża obserwacyjna, niska, z dachem z gontu, a na niej tabliczka z nazwiskiem fundacji i – małymi literami w rogu – informacją, że grunt użyczyła Bożena Kaczmarek. Marek przyjeżdża tam raz, bez uprzedzenia, zimą, kiedy ptaków już nie ma, tylko wiatr i śnieg na trawie morskiej. Stoi przy wieży, czyta tabliczkę, nie wchodzi po schodach.
Dzwoni do matki z parkingu.
– Byłem tam. Zrobili porządną wieżę.
– Wiem. Byłam na otwarciu.
– Dlaczego mnie nie zaprosiłaś?
– Zaprosiłam. Mailem, w marcu. Nie odpisałeś.
Cisza w telefonie trwa dłużej niż powinna przy takim pytaniu. Potem Marek mówi, że może przyjedzie na wiosnę, kiedy wrócą rybitwy, i że chciałby zobaczyć, jak to wygląda, kiedy coś tam faktycznie żyje. Bożena odpowiada, że wieża stoi cały rok i czeka na niego niezależnie od sezonu.












