Zadzwoniłam do domofonu i Paulina nawet nie zapytała, kto. Od razu wpuściła. W windzie pachniało kwaśnym mlekiem, jak zwykle. Wiozłam jej pierogi z mięsem, jeszcze ciepłe, zawinięte w folię i ręcznik. Specjalnie jechałam z Ursynowa przez całą Warszawę, bo Paweł podobno stracił robotę i bałam się, że oszczędzają na jedzeniu. Drzwi były uchylone.
W przedpokoju stały męskie adidasy. Jedne. Jego. No to jest, pomyślałam. A potem zobaczyłam drugie. Damskie. Zamszowe botki na obcasie, przemoczone od marcowego śniegu, rzucone byle jak pod wieszakiem. Paulina nosi rozmiar trzydzieści dziewięć i nienawidzi obcasów.
Zamarłam z tymi pierogami w ręku. Z kuchni dobiegał śmiech. Nie córki. Jakiś piskliwy, obcy. Wtedy już nic nie myślałam. Pchnęłam drzwi od salonu i zobaczyłam ich.
Siedział na kanapie, którą kupiłam im dwa lata temu na raty. Rozwalony w swoim dresie z dziurą na kolanie. Obok niego jakaś dziewczyna w czarnej koronkowej bluzce. Miska z chipsami na stole. I dwa kieliszki po moim koniaku, który przywiozłam z Biedronki na święta.
Krzyczałam tak, że sąsiadka z dołu zaczęła walić w kaloryfer. Paweł nawet nie wstał. Dziewczyna złapała buty i wybiegła boso na klatkę. A on siedział i patrzył na mnie z tym swoim uśmiechem, jakbym to ja była tutaj intruzem.
Paulina wróciła z przychodni pół godziny później. Z Jasiem na ręku i Zosią uczepioną nogawki. W progu już wiedziała. Po mojej twarzy. Po jego minie.
– Mamo, coś ty najlepszego zrobiła – szepnęła.
– Ja? – puściłam pierogi na komodę. – To ty mi powiedz, co on tu robi z tą lafiryndą.
Paweł wzruszył ramionami.
– Stara, uspokój się. Nic się nie stało.
Chciałam go uderzyć. Paulina zaczęła płakać. Jaś też się rozpłakał. Zosia schowała się za firankę. A on dalej siedział. I wtedy córka powiedziała coś, po czym nogi się pode mną ugięły.
– Mamo, proszę cię, nie niszcz mojego małżeństwa.
Poznałam Pawła dopiero po ślubie. Byłam w Rzymie, opiekowałam się starszą signorą za półtora tysiąca euro miesięcznie. Paulina została sama. Miała dwadzieścia trzy lata, skończoną kosmetologię i głowę pełną marzeń. On był przystojny, to muszę przyznać. Ciemne włosy, jasne oczy, uśmiech, któremu trudno się oprzeć. Ale ja, jak tylko wróciłam i pierwszy raz na niego spojrzałam, poczułam zimny dreszcz. Nawet nie dlatego, że nie pracował. Nie dlatego, że mieszkał w moim mieszkaniu na Pradze, które kupiłam córce na nowy start. Tylko dlatego, jak na nią patrzył. Jak na rzecz.
Pamiętam tamtą pierwszą kolację. Przyszli z dziećmi. Paulina biegała wokół stołu jak wystraszona mysz. Podsuwała mu chleb, dolewała herbaty, poprawiała serwetkę.
– Pawełku, może ci dokroić? Nie za suche?
Wziął kęs i skrzywił się teatralnie.
– Paulina, no co to jest? Schabowy jak podeszwa. Nie umiesz już normalnie usmażyć?
Zacisnęłam zęby. Córka spuściła głowę.
– Przepraszam, kochanie. Następnym razem się postaram.
– Postaraj się, postaraj. I w ogóle, zobacz na siebie. Ty się w ogóle w lustrze widziałaś? Dziewięć miesięcy po drugim dziecku, a ty wyglądasz, jakbyś miało rodzić trzecie.
Wtedy nie wytrzymałam.
– A jak ty wyglądasz? – zapytałam spokojnie. – W tej bluzie z lumpeksu.
Popatrzył na mnie zaskoczony.
– No co, nie podobam się mamusi?
– Nie mów do mnie „mamusiu”.
Paulina dotknęła mojej dłoni. Jej palce były lodowate.
– Mamo, proszę…
Wieczorem złapałam ją w kuchni.
– On tak zawsze?
Odwróciła się do zlewu.
– Mama, on ma po prostu taki charakter. Nie każdy potrafi czule.
– To nie jest kwestia czułości. To chamstwo.
Pokręciła głową. W świetle lampy zobaczyłam, że ma pod oczami cienie, jakby nie spała od tygodnia.
– Ja go kocham. Rozumiesz? Kocham.
Wzięła ścierkę i zaczęła wycierać blat, który już od dawna był suchy.
Przez następne miesiące milczałam. Paulina schudła dwanaście kilo. Zmieniła fryzurę, zapisała się na fitness, w domu pachniało od rana świeżym ciastem. Przychodziłam i widziałam, jak się uśmiecha. Jak się stara. On rzucał jej ochłapy pochwał, a ona promieniała, jakby dostała prezent od losu. Tylko jej oczy były martwe.
Raz zastałam ją w sypialni, jak przykładała sobie nową sukienkę. Czerwoną, z odciętym metką z Reserved.
– Ładna? – zapytała.
– Bardzo. A on co powiedział?
Włożyła sukienkę do szafy.
– Że mogłam wybrać lepszy kolor.
To właśnie wtedy kupiłam te grzyby. Rano na bazarku przy Kabackiej, od baby w wełnianej chuście. Piękne podgrzybki, jędrne i pachnące lasem. Pomyślałam: zawiozę Paulinie, zrobi dzieciom zupę. A zastałam to.
Po tym jak kochanka uciekła, a ja wykrzyczałam wszystko, co o nim myślę, Paweł zabrał torbę i wyszedł. Paulina płakała całą noc. Następnego dnia dzwoniła, żebym przyjechała. Myślałam, że chce porozmawiać. Że wreszcie przejrzała.
W salonie siedział on. Z kubkiem herbaty i pilotem w ręku. Oglądał Polsat Sport.
– Paulina, wytłumaczysz mi?
Córka zagryzła wargę. Oparła się o framugę, jakby bała się zrobić krok do środka.
– Mama, Paweł wrócił. Przeprosił.
– Co zrobił?
– Przeprosił. Obiecał, że to był błąd. Że tamta nic dla niego nie znaczyła.
Spojrzałam na niego. Siedział i nawet nie drgnął. Na jego twarzy malował się wyraz absolutnego triumfu. Patrzył na mnie i czekał.
– Dobrze – powiedziałam.
Wzięłam torebkę i wyszłam.
Na dworze siąpił deszcz. Stanęłam pod wiatą przystanku, wyjęłam telefon i zadzwoniłam pod numer, który kiedyś zapisałam przy zupełnie innej okazji. Odezwał się męski głos.
– Panie majorze, mówi Danuta Wysocka. Pamięta mnie pan? Prowadziłam u pana kurs komputerowy dla rezerwistów w zeszłym roku. Tak, tak. Słuchaj, jest tu taki jeden chłopak. Trzydzieści trzy lata, służbę w wojskach pancernych ma, w Świętoszowie był. Mieszka na Pradze. Nazywa się Paweł Kowalczyk. Tak. Adres zaraz podyktuję. I wie pan co? On jest w pełni zdolny do ćwiczeń. Naprawdę.
Rozłączyłam się. Stałam jeszcze chwilę na deszczu, czując, jak zimne krople spływają mi za kołnierz. Potem poszłam na przystanek i wróciłam autobusem do domu.
Dwa dni później zadzwoniła Paulina. W tle słychać było płacz Zosi i krzyk Jasia.
– Mamo, przyszło wezwanie na ćwiczenia wojskowe. Na trzy miesiące. Mamo, czy ty… czy to ty?
Milczałam.
– Ty to zrobiłaś. Boże, mamo, jak mogłaś?!
Głos jej się łamał. Słyszałam, jak Paweł coś mówi w tle. Coś o „starej jędzy” i o tym, że mnie załatwi. Wtedy zabrałam głos:
– Paulina. Posłuchaj mnie teraz bardzo uważnie. On pojedzie na poligon. Ty zostaniesz sama z dziećmi. Przez trzy miesiące nikt nie będzie ci mówił, że jesteś gruba. Że źle gotujesz. Że jesteś do niczego. Nikt nie będzie cię zdradzał w twoim własnym salonie. I przez te trzy miesiące przypomnisz sobie, kim jesteś bez niego.
Cisza w słuchawce. Tylko oddech. I gdzieś w oddali krzyk Jasia: „mama, pić”.
– On się dowie. On się zemści.
– Nie dowie się. A nawet jeśli – niech próbuje.
Paweł pojechał. Na początku wydzwaniał do Pauliny, kazał jej interweniować u dowódcy, pisać skargi. Córka oddzwaniała do mnie i płakała. Potem telefony stały się rzadsze. A po miesiącu przyszła do mnie na Ursynów. Bez zapowiedzi. Z dziećmi. Usiadła w kuchni i patrzyła, jak obieram ziemniaki.
– Wiesz co, mamo – powiedziała cicho. – Wczoraj pierwszy raz od dawna spałam całą noc. Po prostu położyłam dzieci, wzięłam książkę i zasnęłam. Nikt nie kazał mi wstawać po piwo. Nikt nie krytykował, że źle leżę.
Nie odpowiedziałam. Odłożyłam obieraczkę.
– I jeszcze jedno – dodała. – W lustrze zobaczyłam siebie. Swoją twarz. Naprawdę swoją. A nie taką, jaką on chciałby widzieć.
Za oknem zapadał marcowy zmierzch. Jasiek bawił się na podłodze drewnianą łyżką. Zosia zasnęła na kanapie z kotem na kolanach. W kuchni pachniało koperkiem i świeżym chlebem.
Paulina podniosła na mnie wzrok.
– Myślisz, że jestem głupia?
– Myślę, że jesteś silniejsza, niż ci się wydaje.
Wzięła kawałek chleba ze stołu i zaczęła go przeżuwać powoli, w zamyśleniu.
– A co będzie, jak wróci?
Wtedy odpowiedziałam jej tak, jak czułam. Odłożyłam nóż, wytarłam ręce w fartuch.
– To będzie zależało tylko od ciebie.
Nie wrócił od razu. Ćwiczenia przeciągnęły się o kolejne dwa tygodnie. A gdy w końcu stanął w drzwiach, zmęczony i wściekły, Paulina czekała na niego. W nowej sukience. Nie czerwonej. Czarnej.
I po raz pierwszy to on nie wiedział, co powiedzieć.











