Zuzanna Szostak i czterysta siedemdziesiąt tysięcy

Pierwszy raz zobaczyłam ją na castingu w warszawskiej hali zdjęciowej przy Wrocławskiej. Stała pod ścianą z kawą w papierowym kubku i trzymała teczkę z portfolio tak, jakby to był wyrok sądowy. Miała dwadzieścia dwa lata, studiowała prawo na Uniwersytecie Warszawskim i dorabiała jako hostessa na targach. Nikt wtedy nie wiedział, że za dziewiętnaście lat będzie twarzą kampanii, którą zobaczy pół Europy.

Ja tam byłam tylko asystentką fotografa. Pilnowałam, żeby kable nie leżały na przejściu i żeby nikt nie dotykał lamp spoconą dłonią. Zuzanna czekała na swoją kolej czterdzieści minut, a potem weszła przed obiektyw i wszystko się skończyło — w sensie: wszyscy przestali rozmawiać.

To nie była kwestia urody, chociaż uroda też robiła swoje. Było w niej coś, czego nie umiałam nazwać wtedy, a czego do dziś nie potrafię nazwać. Fotograf, starszy mężczyzna po pięćdziesiątce, który widział w życiu setki twarzy, po trzeciej klatce odłożył aparat i powiedział: „No tak. To będzie pani praca na długo”.

I miał rację.

Zuzanna Szostak nie urodziła się w Warszawie. Przyjechała z Białegostoku, z rodziny, w której ojciec prowadził warsztat samochodowy, a matka uczyła matematyki w liceum. Rodzice chcieli, żeby skończyła prawo, zrobiła aplikację i broniła ludzi przed sądem. Ona sama też tak chciała — przynajmniej na początku. Ale rachunki trzeba było płacić, akademik kosztował, a stypendium starczało na dwa tygodnie jedzenia. Koleżanka z roku powiedziała, że agencja szuka dziewczyn do reklamy sieci komórkowej. Zapłacą osiemset złotych za dzień zdjęciowy. Zuzanna pojechała. Została.

Dwa lata później rzuciła studia po trzecim roku. Ojciec nie odezwał się do niej przez osiem miesięcy.

W 2007 roku podpisała kontrakt z mediolańską agencją. Wyjechała w listopadzie, akurat kiedy w Polsce zaczynały się te szare tygodnie, kiedy człowiek zapomina, że słońce w ogóle istnieje. Mediolan przywitał ją smogiem i tramwajami, które dzwoniły inaczej niż warszawskie. W pierwszym tygodniu dostała trzy castingi dziennie. Na jednym z nich reżyser powiedział, że ma „twarz za ładną, żeby cokolwiek zagrać”. Zapamiętała to zdanie na zawsze.

Bo właśnie wtedy zaczęła się ta druga część jej życia — ta, o której mniej się pisze w wywiadach. Zuzanna chciała grać. Nie pozować. Nie stać w świetle i wyglądać. Tylko wchodzić w cudze skóry, mówić cudzymi słowami, znikać w kimś innym. A wszyscy dookoła — agenci, reżyserzy, dziennikarze — widzieli w niej tylko twarz. Ładny opakunek, który trzeba pokazać z prawej strony.

Pierwszą poważniejszą rolę dostała we francuskim thrillerze kręconym w Marsylii. Grała kelnerkę, która przez przypadek słyszy rozmowę dwóch mężczyzn w hotelowej kuchni. Miała siedem scen. W sześciu z nich nie mówiła ani słowa. Reżyser powiedział, że tak jest lepiej, bo „widz ma na czym zawiesić oko, a fabuła i tak się broni”. Zuzanna wróciła do hotelu i spłakała się w poduszkę, ale rano wstała i pojechała na plan. Bo zrozumiała coś, czego nie rozumiało wtedy wielu: jeżeli masz twarz, która otwiera drzwi, to musisz wejść do środka sama. Nikt cię nie wprowadzi.

Przełom przyszedł w roku 2011, kiedy dostała rolę w filmie „Córka młynarza” — kręconym w Portugalii dramacie o kobiecie, którą małe miasteczko niszczy za to, że jest piękna. To była rola niemal bez dialogów. Zuzanna grała głównie ciałem: sposobem, w jaki przechodziła przez plac, w jaki podnosiła torbę z zakupami, w jaki schylała się po klucz, który upuścił jej gość pensjonatu. Krytycy pisali potem o „hipnotyzującej obecności”, o „ciszy, która mówi więcej niż dialogi”. A ja, oglądając ten film, myślałam tylko o jednym: że to jest dokładnie ta sama dziewczyna, która kilka lat wcześniej stała pod ścianą w hali na Wrocławskiej z kawą w papierowym kubku. Tylko nikt jej wtedy nie słuchał.

Film dostał nagrodę na festiwalu w Gdyni. Zuzanna nie pojechała na galę. Wolała zostać w Lizbonie, gdzie akurat zaczynała próby do spektaklu teatralnego.

Teatr był jej największym strachem. Mówiła mi o tym kilka razy: że w filmie zawsze można powtórzyć scenę, że jest dubel, poprawka, montaż. A na scenie nie ma niczego. Wychodzisz i musisz być. W 2014 roku zagrała w monodramie na podstawie listów pewnej polskiej śpiewaczki operowej, która całe życie była podziwiana za głos, a nie za to, kim była naprawdę. Zuzanna wychodziła na pustą scenę i mówiła cudze słowa przez dziewięćdziesiąt minut. Bez przerwy, bez podpowiedzi, bez siatki. Po premierze pisały o tym wszystkie gazety.

Wtedy właśnie, przy okazji wywiadu dla jednego z tygodników, padło pytanie, którego się nie spodziewała: czy zgodziłaby się zagrać kobietę uwikłaną w cudze długi, kobietę, która oddaje wszystko, co ma, za mężczyznę, który tego nie wart. Zuzanna odpowiedziała wtedy bez zastanowienia, że nigdy by na to nie pozwoliła, że sama nigdy nie oddałaby ani grosza za nikogo. Dziennikarka zapisała to zdanie i zapomniała o nim. Zuzanna też — na jedenaście lat.

W 2016 roku przyszła rola w anglojęzycznym serialu kryminalnym. Zuzanna zagrała żonę skorumpowanego prokuratora, kobietę, która wie o wszystkim, ale przez osiem odcinków nie wypowiada ani jednego oskarżenia — tylko gotuje, prasuje, układa kwiaty w wazonie i patrzy. Na planie w Londynie poznała starszego o jedenaście lat reżysera, z którym związała się na cztery lata. To był Daniel — mężczyzna, który potrafił mówić o filmie tak, że wierzyła każdemu słowu, i który przez cały ten czas ukrywał przed nią, że prowadzi restaurację w Glasgow zadłużoną po same drzwi.

Prawda wyszła na jaw w 2020 roku, kiedy do jej mieszkania w Londynie zaczęły przychodzić listy od komornika — nie na jej nazwisko, ale na adres, który dzielili. Daniel płakał, mówił, że nie chciał jej wciągać, że sam to rozwiąże. Zuzanna, ta sama kobieta, która sześć lat wcześniej powiedziała dziennikarce, że nigdy nie oddałaby grosza za nikogo, podpisała przelew na czterysta siedemdziesiąt tysięcy złotych. Sprzedała mieszkanie w Warszawie, które kupiła za pierwsze duże honorarium z Mediolanu. Nie powiedziała o tym nikomu — ani agentce, ani rodzicom. Mnie powiedziała dopiero rok później, w progu hotelu w Wenecji, jednym zdaniem, które od razu kazała mi zapomnieć: „Zapłaciłam za jego głupotę tyle, ile kosztowało moje pierwsze mieszkanie. I nikomu o tym nie mówię, bo wstyd mi nie za niego — za siebie”.

Rozstali się w marcu 2021 roku. Ona została w Warszawie, on wrócił do Glasgow, gdzie jego restauracja i tak zamknęła się pół roku później. Oboje wydali oświadczenie, że zachowują „wzajemny szacunek”. Dziennikarze próbowali z tego zrobić skandal, ale nie było z czego — bo nikt poza mną nie wiedział, ile ten szacunek naprawdę kosztował.

Jesienią 2025 roku Zuzanna wróciła do Białegostoku. Po raz pierwszy od wielu lat spędziła u rodziców całe dwa tygodnie. Ojciec, który kiedyś nie odzywał się do niej przez osiem miesięcy, siedział z nią wieczorami w kuchni i oglądał jej stare sesje. Matka robiła pierogi z kapustą i grzybami, dokładnie takie jak przed laty. Zuzanna mówiła potem, że to było najdziwniejsze: wrócić do domu i odkryć, że nic się nie zmieniło, tylko wszyscy się postarzali.

A teraz najważniejsze.

W lutym 2026 roku Zuzanna dostała propozycję zagrania w nowym filmie — polsko-włoskiej koprodukcji o malarce, która mieszka sama na francuskiej prowincji i w noc swoich pięćdziesiątych urodzin odkrywa, że ktoś od lat podszywa się pod jej nazwisko i sprzedaje fałszywe obrazy. Reżyserka, Lea Misius, przysłała scenariusz mailem z dopiskiem: „Nie szukam ładnej twarzy. Szukam kobiety, która wygląda, jakby przeszła przez swoje życie”.

Zuzanna przeczytała ten dopisek trzy razy. Potem wstała od biurka, podeszła do lustra w przedpokoju i stała tak dobrą chwilę. Miała czterdzieści jeden lat. Wokół oczu pojawiły się zmarszczki, których nie było rok wcześniej. Włosy odrosły i przestały być takie jak na sesjach. W tej twarzy było już wszystko: Mediolan, Marsylia, Lizbona, Londyn, Białystok. Był ojciec, który przez osiem miesięcy milczał, i matka, która robiła pierogi na powitanie. Był Daniel i przelew na czterysta siedemdziesiąt tysięcy, o którym nikt nie wiedział. Były castingi, na których słyszała, że jest za ładna. Były noce po planie, kiedy siedziała na balkonie hotelu i paliła jednego papierosa, chociaż rzuciła palenie dziesięć lat temu, ale ten jeden zawsze zostawał.

Zadzwoniła do agentki i powiedziała jedno zdanie: „Biorę to”.

W maju 2026 roku film „Historie nocy” wszedł do konkursu głównego festiwalu w Cannes. Zuzanna zagrała Cristinę — kobietę, która całe życie była podziwiana za urodę, a potem, po pięćdziesiątce, odkrywa, że to podziwianie było formą nadzoru. Że ludzie nie patrzyli na nią — oni ją sprawdzali. W finałowej scenie Cristina stoi przed domem, który sprzedała, żeby spłacić długi mężczyzny, którego kochała. W ręku trzyma klucz, którego już nie potrzebuje. Nie mówi nic. Tylko otwiera dłoń i upuszcza klucz w studzienkę kanalizacyjną.

Kiedy kręcili tę scenę, reżyserka kazała powtórzyć ujęcie sześć razy. Za szóstym razem Zuzanna, zamiast upuścić rekwizyt, przez sekundę zacisnęła na nim palce tak mocno, że asystentka charakteryzatorki musiała potem prostować jej dłoń. Nikt na planie nie zapytał, dlaczego. Reżyserka powiedziała tylko: „Zostawiamy to ujęcie”.

Na pokazie prasowym w Cannes sala była pełna. Siedziałam w dwunastym rzędzie, po lewej stronie. Po napisach końcowych nikt nie klaskał przez dobrą chwilę. Potem wstał jakiś mężczyzna, potem drugi, potem wstała cała sala. Zuzanna stała z boku, przy wyjściu, z dłońmi splecionymi na piersi. Miała na sobie granatową sukienkę z długim rękawem. Kiedy tłum ruszył w jej stronę, zrobiła krok w tył — nie ze strachu, tylko tak, jak robi człowiek, który latami wprawiał się w to, żeby go nie dotykano bez pytania.

Po pokazie ktoś z dziennikarzy zapytał ją, co czuje. Powiedziała: „Czuję się jak kobieta, która właśnie zdała egzamin z przedmiotu, którego nie było w indeksie”.

Wieczorem, już po bankiecie, spotkałam ją na schodach przed hotelem. Siedziała na kamiennym murku z butelką wody mineralnej i patrzyła na morze, chociaż morze było ciemne i prawie niewidoczne. Obok niej leżała koperta — taka zwykła, biała, z nadrukiem festiwalu. W środku była kartka z harmonogramem jutrzejszych wywiadów. Zuzanna obracała ją w palcach, w jedną i drugą stronę, nie otwierając.

Usiadłam obok niej bez słowa. Wtedy, nie patrząc na mnie, wyjęła z kieszeni żakietu mały klucz — zwykły, do starego zamka, taki, jakich już się nie produkuje — i położyła go na murku między nami.

— Ten sam? — zapytałam.

— Nie — odpowiedziała. — Tamten sprzedałam razem z mieszkaniem. Ten kazałam sobie zrobić na pamiątkę. Głupie, prawda?

Wzięła kopertę, wstała i poszła w stronę hotelu, zostawiając klucz na murku. Nie obejrzała się, żeby sprawdzić, czy go zabiorę.

Rate article
Zuzanna Szostak i czterysta siedemdziesiąt tysięcy