Katarzyna Majewska prowadziła na Bielanach kawiarnio-piekarnię — małą, na sześć stolików, z witryną, w której zawsze stały te same rogaliki z makiem i sernik truskawkowy za osiemnaście złotych kawałek. Po drugiej stronie ulicy, w przerobionym garażu, jej sąsiadka z tej samej klatki, Lidia Nowicka, szyła na zamówienie skórzane torebki — mocnym ściegiem, z mosiężnymi okuciami, po które jeździła aż do Kalisza.
Przyjaźniły się tak, jak przyjaźnią się sąsiadki z jednej klatki: pożyczały sobie cukier, wymieniały rozsadę na parapetach, a jesienią razem kisiły kapustę w wielkich słojach na balkonie Katarzyny. I w pewien wtorek, gdy za oknem lał warszawski deszcz, a w kawiarni telewizor bezgłośnie pokazywał wiadomości, Katarzyna postanowiła sprawić Lidii przyjemność — zaprosiła ją na kolację, „żeby trochę porozpieszczać sąsiadkę”.
Stół nakryła porządnie: barszcz, placki ziemniaczane, kompot z suszu. Podała wszystko na najlepszej, jak jej się zdawało, zastawie — płaskich porcelanowych talerzach z cienkim złotym rantem, które dostała w spadku po ciotce z Radomia. Talerze rzeczywiście były ładne. Tylko że Lidia trzy lata wcześniej miała uraz nadgarstka — kość źle nastawiono i prawa dłoń nie prostowała się do końca. Trudno jej było manewrować łyżką na płaskiej powierzchni: barszcz zjeżdżał, placki się ślizgały, a nabranie czegoś jedną sprawną dłonią z płytkiego talerza to była męka.
Katarzyna tego nie wiedziała, a właściwie nie pomyślała. Jadła szybko, z apetytem, chwaliła własny barszcz, a Lidia przesuwała widelcem po talerzu, kruszyła placki na drobne kawałki i w końcu odsunęła talerz prawie nietknięty.
— Czemu nie jesz, Lidio? Może niesmaczne?
— Smaczne — odpowiedziała, patrząc za okno, gdzie pies sąsiadów Burek ciągnął z kałuży gałąź. — Po prostu nie jestem głodna.
Do domu Lidia wróciła z pustym żołądkiem i przykrym osadem — jakby jej znowu, jak tamtego razu po szpitalu z nadgarstkiem, nikt nie zapytał, jak jej wygodnie.
Tydzień później zadzwoniła: „Przyjdź w sobotę, ja też chcę cię poczęstować”. Katarzyna ucieszyła się i przyszła punktualnie o siódmej, z tortem orzechowym w dłoniach.
Na stole u Lidii stała głęboka miska z wysokimi brzegami i wąskim dziobkiem — taka, z której wygodnie pić jednym ruchem nawet niesprawną dłonią, ale z której zwykłą łyżką czy widelcem trudno czerpać: brzegi zbyt strome, a naczynie głębokie jak kociołek. Lidia nalała do niej grzybową zupę i zaczęła pić przez dziobek, bez pośpiechu, przytrzymując miskę zdrową dłonią.
Katarzyna wzięła łyżkę, spróbowała raz, drugi — łyżka sięgała dna, ale do ust udawało się donieść zaledwie kroplę. Spróbowała przechylić miskę do siebie — zupa chlusnęła na obrus. Przesiedziała tak z dziesięć minut, głodna i rozdrażniona, a Lidia swobodnie dokańczała swoją porcję.
— Lidio, a mogę dostać zwykły talerz?
Lidia odłożyła miskę, wytarła usta serwetką i powiedziała bez złości, prawie zwykłym tonem:
— A ja takich nie mam. Jem tak, jak mi wygodnie. Ty w zeszłym tygodniu też poczęstowałaś mnie tym, co wygodne dla ciebie.
Katarzyna otworzyła usta, żeby zaprzeczyć, i zamknęła. Przypomniała sobie swój płaski talerz ze złotym rantem i to, jak Lidia przesuwała widelcem po barszczu.
— Nie pomyślałam o twoim nadgarstku — powiedziała w końcu. — Nawet nie wpadłam na to, żeby zapytać.
— No właśnie. — Lidia przysunęła jej zwykły talerz, który, jak się okazało, trzymała w pogotowiu w szafce. — Jedz już, bo wystygnie.
Po dwóch dniach Katarzyna przyszła do Lidii nie z ciastem, tylko z teczką — przywiozła ze sobą katalog naczyń dla osób z ograniczoną sprawnością dłoni: łyżki z pogrubionym uchwytem, talerze z rantem oporowym, które nie pozwalają jedzeniu zjeżdżać. Zamówiła dwa zestawy na własny koszt, trzysta czterdzieści złotych z dostawą kurierem. Jeden zostawiła sobie — dla gości, którzy, jak się okazało, bywają różni. Drugi oddała Lidii ze słowami: „To nie podarunek z litości. To po to, żebym już nigdy nie karmiła cię tak, jak wygodnie mnie”.
Lidia obróciła w dłoniach łyżkę z powleczonym uchwytem, nastawiła czajnik i bez słowa wyjęła z lodówki ten sam truskawkowy placek, który upiekła poprzedniego wieczoru — na zapas, na wypadek, gdyby Katarzyna przyszła się pogodzić.












