Wesele Kasi i Tomka było zaplanowane w każdym calu. Namioty stały na łące za stodołą, kelnerzy roznosili przystawki, a orkiestra stroiła instrumenty. Wszystko wyglądało jak z obrazka. Tylko panna młoda od godziny powtarzała jedno zdanie:
— Gdzie jest mój ojciec?
Nikt nie potrafił odpowiedzieć. Roman Wilk, właściciel stadniny i gospodarz przyjęcia, po prostu zniknął. Telefon zostawił na stole w domu, a nikt z obsługi nie widział go od porannego obchodu stajni.
Drużba pobiegł w stronę budynków gospodarczych. Już z daleka usłyszał głuchy łomot, jakby ktoś walił młotem w drewnianą ścianę. I dzikie, przerażone rżenie.
Roman wisiał przyciśnięty do belki w rogu boksu. Jego własny ogier, Szatan, napierał na niego całym ciężarem. Łeb zwierzęcia był tuż przy jego twarzy, a nozdrza wyrzucały gorące powietrze. Mężczyzna czuł zapach potu i krwi — swoją krew, cieknącą z rozciętego łuku brwiowego.
— Szatan, do diabła, uspokój się! — wycharczał.
Ogier zarżał jeszcze głośniej i uderzył kopytem w ścianę. Deska pękła z trzaskiem. Drzazgi posypały się na ramię Romana.
Drużba zamarł w progu.
— Panie Romanie! Żyje pan?
— Nie wiem! Wezwij Konrada!
Konrad Szymczak prowadził weterynarię w Morawicy. Znali się ze stadniną od lat. Akurat wracał z wyjazdu, gdy dostał telefon. Rzucił wszystko i przyjechał w ciągu godziny.
Przez ten czas Romanowi udało się jakoś przecisnąć pod żłobem i wybiec na zewnątrz. Ledwo zipał. Koszula wisiała na nim w strzępach. Na plecach miał siny ślad wielkości talerza.
— On oszalał — powiedział do Konrada, kiedy weterynarz wysiadł z samochodu. — Wyhodowałem go od źrebaka. Nigdy, rozumiesz, nigdy nie podniósł na mnie kopyta. A dzisiaj o mało mnie nie zabił.
Weterynarz zajrzał przez okno stajni. Szatan chodził nerwowo po boksie. Piana kapała mu z pyska. Co chwila stawał dęba i walił kopytami w drzwi, jakby chciał je roztrzaskać.
— Kiedy ostatnio był spokojny?
— Wczoraj wieczorem. Sam go czyściłem. Jadł mi z ręki jabłka, jak zawsze.
— Dziwne. Objawy neurologiczne przyszłyby stopniowo. To nie pasuje do wścieklizny.
Przez dwa dni próbowali podejść do ogiera. Za każdym razem koń wpadał w furię. Nie pozwalał dotknąć się nawet Konradowi, który znał go od urodzenia i potrafił uspokoić nawet najbardziej narowiste sztuki w stadninie.
Trzeciego dnia Roman podjął decyzję. Odłożył słuchawkę po rozmowie i powiedział do żony przez zaciśnięte gardło:
— Przyjeżdżają jutro. Behawiorysta mówi, że jeśli to wścieklizna, trzeba działać, zanim zarazi resztę stada.
Nikt w domu tej nocy nie spał. Kasia odwołała poprawiny, bo nie była w stanie myśleć o zabawie, kiedy jej ojciec siedział na ganku i patrzył w stronę stajni.
Następnego ranka przed bramą zatrzymał się nieznajomy samochód. Wysiadł z niego mężczyzna w średnim wieku, w wytartej kurtce i kaloszach. Konrad stał przy ogrodzeniu z kubkiem kawy i patrzył, jak przybysz idzie w stronę stajni.
— To on? Behawiorysta? — spytał Roman.
— Nie mam pojęcia. Pierwszy raz go widzę.
— Kto to jest do cholery?
Mężczyzna usłyszał pytanie i odwrócił się w ich stronę.
— Nazywam się Marek Biela — powiedział. — Pan Konrad dzwonił do znajomego stajennego spod Gniezna, a ten znajomy zadzwonił do mnie. Podobno macie ogiera, który nagle oszalał.
— Tak — odparł Roman. — I za godzinę ma przyjechać człowiek, żeby go uśpić.
Biela pokręcił głową.
— Proszę mi pokazać tego konia.
Weszli do stajni we trójkę. Roman szedł pierwszy. Szatan, widząc go, natychmiast zarżał ostrzegawczo i cofnął się w głąb boksu. Jego uszy położyły się płasko, a oczy pociemniały.
Biela zatrzymał się o krok przed boksem. Długo patrzył na konia. Potem odwrócił się do Romana i spytał cicho:
— Panie Romanie, pan codziennie rano wchodzi do boksu z prawej strony?
— Tak. Zawsze.
— A teraz proszę podejść z lewej. Powoli. Bez gwałtownych ruchów.
Roman spojrzał na Konrada, potem na konia. Zrobił krok w lewo. Szatan znów zarżał i uniósł łeb, ale nie rzucił się.
— I jeszcze kawałek — szepnął Biela. — Niech pan zejdzie z linii tej belki.
Roman przesunął się w bok. I nagle, pierwszy raz od tych trzech dni, Szatan przestał bić kopytami. Zamarł. Jego oddech zwolnił.
I wtedy to zobaczyli. Za żłobem, tam gdzie jeszcze przed chwilą stał Roman, boks był nierówny. Kilka desek wypchniętych od zewnątrz. Mało. Świeże ślady. I ziemia na betonie tam, gdzie nie powinno jej być.
Konrad kucnął i przyjrzał się podłodze.
— Tu jest źrebak.
W ciemnym kącie, za stertą słomy, leżał ledwie oddychający, malutki noworodek. Mokra sierść przyklejona do boków. Pępowina jeszcze wilgotna.
Roman patrzył na to i nic nie rozumiał.
— Skąd on? Przecież tu nie było źrebnej klaczy, Szatan jest…
Urwał, bo Konrad już mu tłumaczył. Klacz o imieniu Mgiełka kilka miesięcy temu trafiła do sąsiedniego gospodarstwa na dopuszczanie. Nikt nie wiedział, że była wtedy w rui. I nikt nie spodziewał się, że urodzi miesiąc za wcześnie.
Musiała przyjść tu w nocy. Urodzić źrebaka przy otwartym oknie stajni, a potem przestraszyć się i uciec. Szatan został z noworodkiem i od tamtej pory bronił go przed światem.
— On nie oszalał — powiedział Biela. — On jest ogierem, który bronił źrebaka. A pan, panie Romanie, za każdym razem stawał pan dokładnie między nim a małym.
Roman opadł na kolana przy słomie. Źrebak otworzył jedno oko i popatrzył na niego nieprzytomnym wzrokiem.
— Dajcie mu mleka. I wodę z glukozą — rzucił Konrad, już wstając. — Ja jadę po Mgiełkę. Dzisiaj tu wróci i nakarmi małego.
Szatan stał spokojnie. Pozwolił Romanowi podejść do żłobu i położyć dłoń na wilgotnym pysku źrebaka. Po raz pierwszy od tych wszystkich godzin koń opuścił łeb i wypuścił powietrze długim, niskim parsknięciem.
Wieczorem Mgiełka była już w boksie. Obok niej leżał mały, słaby, ale żywy ogierek. Szatan stał przy drzwiach, z łbem zwróconym w ich stronę, i patrzył.
Roman wyszedł na podwórze. Zdjął podartą kurtkę i rzucił ją na płot. Przez chwilę stał, oddychając głęboko jesiennym powietrzem, pachnącym wilgotną ziemią i końmi, które były tu od zawsze. Z domu dobiegał śmiech Kasi.
— Tato! — zawołała z ganku. — Zupa stygnie!
Roman kiwnął głową i ruszył w stronę oświetlonych okien.












