Znam Karolinę od dwunastu lat. Pracowałyśmy razem w banku przy Piotrkowskiej, ona w analizach, ja przy okienku dla klientów. Lubiłam ją, bo nigdy nie owijała w bawełnę. Kiedy inni narzekali na pensję, ona brała dodatkowe dyżury. Kiedy ja wychodziłam z pracy o szesnastej, ona zostawała do dwudziestej. Wszystkie przerwy spędzała z kanapkami z domu, herbatą w termosie i dokumentami, które przynosiła w podniszczonej teczce z zielonego filcu.
Mówiłyśmy o wszystkim, ale o jednym Karolina nie wspominała. Że zbiera na mieszkanie. Dowiedziałam się dopiero, kiedy wpadła do mojej kwiaciarni trzy lata temu. Postawiła na ladzie pudełko czekoladek i powiedziała:
— Kupiłam. Trzy pokoje na Włókienniczej. Wysokie sufity, okna na podwórko z dzikim winem. Zapraszam na parapetówkę.
Miała trzydzieści cztery lata. Nigdy przedtem nie widziałam jej takiej lekkiej.
Poznała Łukasza rok później, na urodzinach wspólnych znajomych. On pracował jako kierownik w salonie samochodowym, mieszkał w wynajętym pokoju na Zarzewie. Po ślubie wprowadził się do niej. Myślałam, że to dobry człowiek. Spokojny, uśmiechnięty, nie sprawiał wrażenia kogoś, kto liczy cudze metry.
Ale to, co zobaczyłam na jego urodzinach, przekroczyło wszystko, czego się spodziewałam.
Przyszłam z bukietem frezji, bo wiedziałam, że Karolina je lubi. Otworzyła mi drzwi, a z salonu już dobiegał głos. Starsza kobieta, donośny, z pretensją.
— To jest ten słynny trzeci pokój, co stoi pusty? — mówiła. — Moja córka z dzieckiem w klitce na Bałutach się gniecie, a tu metr kwadratowy marnuje się na biurko i papierzyska.
Karolina zacisnęła palce na futrynie. Tylko tyle. Potem uśmiechnęła się do mnie i powiedziała cicho:
— Wejdź, nie stój w progu.
W salonie siedziała teściowa, Danuta. Gruba, w perłowych kolczykach, z torebką na kolanach, jakby w każdej chwili gotowa do wyjścia. Obok niej — siostra Łukasza, Agnieszka, i jej pięcioletni synek Mikołaj. Chłopiec bawił się pilotem od telewizora, nikt go nie pilnował. Pilot wypadł mu z rąk i potoczył się pod kanapę. Nikt nie sięgnął.
— O, kolejna znajoma, co będzie podziwiać te pałace — rzuciła Danuta, mierząc mnie od stóp do głów.
Postawiłam bukiet na komodzie. Zauważyłam, że woda w wazonie była stara, mętna. Karolina odstawiła kwiaty i poszła do kuchni po lemoniadę. Usłyszałam, jak Danuta mówi do Łukasza, niby ściszonym głosem, ale tak, żebym wszystko słyszała:
— Ty jesteś mężczyzna czy mebel? Żona cię nie słucha, a ty nic? Rodzina twoja, a nie jej.
Łukasz wzruszył ramionami. — Mamo, to jej mieszkanie. Kupiła je przed ślubem.
— Co z tego? — Danuta prychnęła. — Jak wzięli ślub, to wspólne. A jak wspólne, to rodzina ma prawo. Co twoje, to i twojej siostry.
Nie wtrącałam się. Stałam przy oknie i udawałam, że podziwiam podwórko z dzikim winem, które już gubiło liście. Ale kątem oka widziałam, jak Agnieszka wierci się na krześle, a Mikołaj przestał bawić się pilotem i patrzył na babcię.
Kolacja zaczęła się w miarę normalnie. Karolina podała sałatkę, bigos z pieczywem, pierogi z mięsem. Danuta jadła i co chwila zerkała na drzwi do trzeciego pokoju, jakby tam miała znaleźć coś, co potwierdzi jej rację.
W połowie wieczoru, kiedy Łukasz zdmuchiwał świeczki na torcie z kremem, Danuta odstawiła kieliszek z winem z takim hukiem, że Mikołaj podskoczył na krześle.
— No to kiedy Agnieszka się wprowadza? — zapytała, jakby pytała o godzinę odjazdu tramwaju.
Karolina powoli odłożyła widelec. — Nikt się nie wprowadza. To mój gabinet. Pracuję tam.
— Gabi-net — Danuta przeciągnęła to słowo, jakby było obrzydliwe. — Trzy pokoje dla dwojga. A moja córka płaci obcym ludziom tysiąc osiemset złotych za kawalerkę bez ciepłej wody na drugim piętrze. Mało mi serce nie pęknie.
— Mamo, nie teraz — mruknął Łukasz.
— A kiedy? — Danuta podniosła ton. — Jak Agnieszka z Mikołajem wylądują na bruku? Karolina ma pusty pokój, niech się przyda rodzinie. Przecież to nic wielkiego. Potrzebują się trochę ścisnąć.
Karolina nic nie powiedziała. Patrzyła na swój talerz, a ja widziałam, że jej dłoń drży na obrusie. Nie ze strachu. Z wściekłości trzymanej w środku, takiej, co to nie wybucha, ale spala powoli.
— To jest jej mieszkanie — powtórzył Łukasz, ale jego głos brzmiał jak pytanie, jakby sam nie był pewien, czy to prawda.
— Twoje też! — Danuta uderzyła dłonią w stół. — Jesteś jej mężem, masz prawo decydować. Powiedz jej, żeby nie robiła z siebie jaśnie pani.
I wtedy Łukasz powiedział coś, czego nie zapomnę do końca życia:
— Karolina, może rzeczywiście… na miesiąc, dwa? Żeby mama przestała… Przecież to tymczasowo.
Karolina wstała. Nie było w tym ruchu nic gwałtownego. Po prostu wstała, podeszła do Łukasza i złapała go za rękaw marynarki.
— Chodź na chwilę do kuchni.
Wyszli. Drzwi od kuchni zamknęły się z cichym kliknięciem. Danuta uśmiechnęła się triumfalnie, jakby już wygrała. Agnieszka nie podnosiła oczu znad talerza, ale w kącikach jej ust czaił się cień zadowolenia. Mikołaj patrzył na wszystkich po kolei i przestał bujać nogami.
Siedzieliśmy tak dobre dziesięć minut. Może kwadrans. Słyszałam tylko stłumione głosy zza drzwi. Danuta poszła do łazienki. Wróciła, poprawiła fryzurę, nalała sobie drugi kieliszek wina. Zaczęła mówić coś do Agnieszki, ale nie dosłyszałam, bo Mikołaj akurat zrzucił z komody plastikowy telefon.
A potem drzwi od kuchni się otworzyły.
Łukasz wyszedł pierwszy. Szedł inaczej niż przedtem. Prosto. Stanął przy stole, a Karolina została w drzwiach kuchennych, z założonymi ramionami.
— Mamo — powiedział. I to jedno słowo sprawiło, że Danuta zamarła z kieliszkiem w pół drogi do ust. — Agnieszka nie wprowadzi się do nas. Ani na miesiąc, ani na tydzień, ani na jeden dzień. To mieszkanie należy do Karoliny. Kupiła je za swoje pieniądze, zanim mnie poznała. I to ona decyduje, kto w nim mieszka. Ja jej w tym nie przeszkadzam.
Danuta odstawiła kieliszek tak mocno, że wino chlusnęło na białą serwetę. Jej twarz stała się czerwona, a perłowe kolczyki zakołysały się gwałtownie.
— To ona cię nastawiła! — krzyknęła, wskazując na Karolinę palcem z czerwonym paznokciem. — Oczarowała cię, synuś! Odwróciła cię od matki! Zabrała ci męskość!
— Nikt mnie nie nastawiał — odpowiedział Łukasz. — Po prostu w końcu pomyślałem samodzielnie.
Agnieszka bez słowa zebrała Mikołaja, narzuciła mu kurtkę. Danuta rzuciła coś pod nosem, czego nie dosłyszałam, i wyszła. Drzwi wejściowe trzasnęły tak, że zadzwoniły szklanki na stole.
Karolina przez chwilę stała nieruchomo. Potem podeszła do stołu, zaczęła zbierać talerze. Nie powiedziała nic. Łukasz pomógł jej znieść naczynia do kuchni. Zostałam sama w salonie, z niedokończonym tortem i zapachem zgaszonych świeczek.
Wyszłam wkrótce potem. Karolina podziękowała mi za przyjście. Przy drzwiach powiedziała tylko jedno:
— Zmienię zamki.
Nie zrozumiałam wtedy, o co jej chodzi.
Zrozumiałam dwa tygodnie później, kiedy wpadła do mojej kwiaciarni. Położyła na ladzie blankiet z firmy ślusarskiej. Osiemset pięćdziesiąt złotych za wymianę dwóch zamków w drzwiach wejściowych i jednego w drzwiach antywłamaniowych.
— Teściowa miała zapasowy klucz — wyjaśniła. — Dałam jej go rok temu, kiedy wyjeżdżałam na tydzień do Gdańska. Wchodziła, kiedy chciała. Po tych urodzinach zmieniłam wszystkie zamki. Łukasz ma jeden klucz. Ja mam drugi. Nikt inny.
Schowałam kwit do swojej szuflady, tej z dokumentami. Karolina kupiła u mnie biały storczyk. Wychodząc, powiedziała:
— Wiesz, co jest najdziwniejsze? Ona próbowała wejść w zeszłą sobotę. Zadzwoniła do Łukasza i powiedziała, że stoi pod drzwiami i klucz nie pasuje. Łukasz odpowiedział, że zamki są wymienione i że to nie jest jej mieszkanie. Od tamtej pory nie dzwoni.
Minęło od tamtej pory blisko rok. Danuta nie pojawiła się w życiu Karoliny ani razu. Agnieszka dzwoni czasem — ostatnio, żeby zapytać, czy Karolina zna kogoś, kto szuka księgowej na pół etatu. Sama zaczęła pracować w biurze rachunkowym, na kurs zapisała się bez niczyjej pomocy.
Łukasz się zmienił. Nie jest tym samym człowiekiem, który przy stole prosił żonę, żeby „na miesiąc" oddała pokój. Czasem wpadam do nich na kawę. Siedzę w tym trzecim pokoju, który teraz jest gabinetem Karoliny, i patrzę, jak Łukasz przynosi jej herbatę. Ona pracuje nad dokumentami, on czyta książkę w fotelu. Na parapecie stoi ten biały storczyk, co kupiła u mnie — puścił już drugi pęd.
Mikołaj czasem nocuje u nich w weekendy, kiedy Agnieszka ma dyżur. Karolina sama mu wtedy ściele kanapę w gabinecie i zostawia lampkę zapaloną w korytarzu.
W zeszły czwartek przyniosła mi do kwiaciarni pęk frezji, tych samych co wtedy, na urodziny. Powiedziała, że kupiła je po drodze z pracy, bo akurat mijały jej termin. Wzięłam je od niej, przycięłam łodygi ukośnie, jak zawsze, i wstawiłam do wazonu przy oknie, tam gdzie stało światło popołudniowe.












