Nienawidzę, kiedy ktoś płacze w Biedronce. Stoisz z koszykiem, a obok jakaś baba wyciera nos w rękaw i udaje, że nie patrzy na półkę z pieluchami. Ja wtedy patrzyłem. Na cenę. I na nią.
Agata stała przy kasie z tym swoim miniaturowym wózkiem bliźniaczym, tak głębokim, że mieścił się w nim cały zapas chusteczek z dolnej półki. Zuzia spała. Helenka wrzeszczała tak, że ochroniarz przy wyjściu dwa razy sprawdził, czy to nie alarm. Ludzie zaczęli się odwracać.
Kasjerka przeciągnęła ostatnią rzecz. Ekran pokazał 318 złotych 40 groszy.
— Płatność kartą? — spytała.
Agata wyjęła moją kartę z kieszeni kurtki. Moją. Nie swoją. Bo swoją to ona miała w portfelu, tylko że tam od dwóch lat leżało może trzydzieści złotych i paragon z apteki.
— Poczekaj — powiedziałem.
Zdjąłem z taśmy paczkę pieluch. Nie dlatego, że nie są potrzebne. Tylko dlatego, że miałem dość. Dość tego, że co drugi dzień okazuje się, że brakuje mleka, kremu, soli fizjologicznej, takich choler, których nigdy nie widziałem w domu, a które kosztują jak raty za auto.
— Daniel, one muszą w tym spać — powiedziała Agata.
— W pieluchach się nie śpi, tylko sika.
— To je zdejmij. Zobaczymy, jak ci się podoba pranie o trzeciej w nocy.
Kasjerka zamarła z paczką w ręku. Spojrzała na mnie. Potem na Agatę. Potem znowu na mnie. W takich momentach zawsze wyglądam na skurwysyna, bo to ja trzymam portfel. A nikt nie widzi, że od rana nie jadłem, bo w robocie cięli etaty, a szef patrzył na mnie tak, jakby liczył, ile kosztuję za godzinę.
Zapłaciłem. Za wszystko. Za pieluchy też. Agata nie podziękowała. Wyszła, pchając wózek biodrem, a ja zostałem przy kasie jak idiota z paragonem w ręku. Pomyślałem, że jeszcze jeden taki dzień i po prostu zamieszkam w samochodzie.
W domu położyłem się na kanapie i zacząłem liczyć. Nie owieczki, tylko wydatki. Czynsz: 2400. Żłobek: 1800. Opieka dodatkowa, bo Agata wraca do biura dopiero za miesiąc: 1200. Do tego pieluchy, mleko, jedzenie, prąd. Nie mam problemu z zarabianiem. Mam problem z tym, że ja zarabiam, a świat wydaje.
W kuchni trzasnęły drzwiczki od szafki.
— Stało się coś? — zawołała Agata.
Chciałem odpowiedzieć, że tak, stało się. Że od tygodnia budzę się o piątej z myślą, że nie mam już nic swojego. Że całe moje życie to lista rzeczy, za które muszę zapłacić. Że kiedy ona mówi „musimy kupić”, ja słyszę „musisz zapłacić”. Ale zamiast tego powiedziałem:
— Może po prostu przestań wydawać na głupoty.
Wyszła z kuchni. W ręku trzymała pustą butelkę po wodzie mineralnej.
— Głupoty — powtórzyła. — Wiesz, ile kosztuje woda do mleka? Nie. Bo nigdy nie zrobiłeś ani jednej butelki.
— Pracuję.
— Ja też pracuję. Tylko że moja praca nazywa się opieka nad dziećmi i nikt mi za nią nie płaci.
— To wróć do roboty.
Agata odłożyła butelkę na stół. Zrobiła to tak spokojnie, że powinno mi to dać do myślenia.
— Dobrze — powiedziała. — Wracam.
— Świetnie.
— Ale pod jednym warunkiem.
— Jakim?
— Wszystkie koszty dzielimy po połowie.
Poczułem coś dziwnego. Ulgę? Zaskoczenie? Chyba jedno i drugie, zmieszane z bardzo małą ilością kawy, którą piłem od rana.
— Przecież ty nie masz z czego — powiedziałem.
— Będę miała.
— Z czego? Z zasiłku? Z macierzyńskiego?
— Z pensji.
— Jaka pensja? — roześmiałem się. — Masz dwadzieścia osiem lat przerwy w zawodzie. Wrócisz do tego samego biura, to cię posadzą na recepcji za najniższą krajową.
Agata zdjęła gumkę z włosów. W jej dłoni została mała, czerwona gumka z napisem z jakiegoś festiwalu. Zacisnęła ją na palcu.
— Nie wrócę do biura — powiedziała.
— To do czego?
— Do sprzątania.
Zamarłem. Dosłownie. Trzymałem w ręku telefon i czułem, jak palce mi się rozluźniają.
— Żartujesz.
— Nie.
— Agata, po pięciu latach studiów? Po tym, jak ci mówiłem, żebyś nie szła na ten kierunek, bo to gówno daje? Teraz będziesz myć kible?
— A ktoś musi. Skoro ty chcesz dzielić koszta, to ja muszę zarabiać. A sprzątaczki w Krakowie biorą teraz po dwadzieścia parę złotych za godzinę. Na czarno. To jest jakieś cztery tysiące miesięcznie.
— To poniżej twojej godności.
— Moją godność zdeptałeś w Biedronce przy kasie. Teraz ja decyduję, ile jest warta.
I wtedy, zamiast cokolwiek powiedzieć, zrobiłem to, co zawsze. Założyłem buty. Trzasnąłem drzwiami. Poszedłem na spacer.
Bo ja nie umiem się kłócić. Ja umiem tylko płacić. I wychodzić.
Na zewnątrz było szaro, tak jak w Krakowie bywa od października do maja. Nad Błoniami wisiał smog, a tramwaj do Bronowic mijał mnie, dzwoniąc jak stary budzik. Usiadłem na ławce koło sklepu z pieczywem. Pachniało drożdżami. Przypomniało mi się, jak Agata piekła chałkę, zanim urodziły się dziewczynki. Miała wtedy dużo czasu. I dużo cierpliwości.
Do domu wróciłem około dziesiątej. Nie otworzyła. To znaczy, drzwi były otwarte, ale ona siedziała w sypialni z laptopem. Na ekranie widziałem ogłoszenia. „Sprzątanie mieszkań Kraków. Doświadczenie. Referencje.” Jedno miało nawet zdjęcie żółtych gumowych rękawic i napis: „Twoja czystość, mój spokój”.
— Znalazłaś coś? — spytałem, jakbym pytał o nową sukienkę.
— Tak — odparła, nie odrywając wzroku od ekranu. — Jutro o ósmej mam pierwszy dom. Trzy łazienki, kuchnia, salon. 180 złotych za cztery godziny.
— Świetnie.
— Tak. Świetnie.
Spojrzałem na nią. Siedziała tam, w naszym łóżku, w mojej koszulce, z moją córką u boku, i wybierała sobie cudze sedesy do mycia. I wtedy pierwszy raz od dawna zrozumiałem, że to nie żart. I że to przeze mnie.
Następnego dnia wstałem wcześnie. Agaty już nie było. Na stole leżała kartka. Żadnej prośby. Żadnego „nakarm Zuzię o siódmej”. Tylko jedno zdanie, napisane jej okropnie równym pismem:
„Śniadanie dla dziewczynek w lodówce. Pieluchy w szafce. Twoja kolej, tatusiu.”
Nakarmiłem Zuzię. Helenka darła się wniebogłosy, a ja stałem z kaszką w jednej ręce i słoiczkiem z marchewką w drugiej, i pierwszy raz od czterech miesięcy wiedziałem dokładnie, co robić. Nie dlatego, że umiałem. Tylko dlatego, że nie miałem wyjścia.
O szesnastej Agata wróciła. Buty miała przesiąknięte deszczem, a na dłoniach czerwone otarcia od rękawic. Położyła na stole kopertę.
— 180 złotych. Moja połowa czynszu na ten tydzień.
Odruchowo schowałem ręce do kieszeni. Nie chciałem tego dotykać.
— Zostaw — powiedziałem. — Przecież nie musisz mi tego dawać.
— Muszę. Tak się umawialiśmy. Ty płacisz za swoje, ja za swoje.
I wtedy to zrobiłem. Po raz pierwszy w życiu nie wyszedłem. Nie trzasnąłem drzwiami. Powiedziałem:
— Nie chcę, żebyś sprzątała cudze kible.
— Nie chcesz.
— Nie.
— A co chcesz?
— Żeby było jak dawniej.
Agata zdjęła kurtkę. Mokra, brązowa od deszczu, położyła ją na krześle. Wzięła do ręki łyżeczkę, którą wcześniej karmiłem Helenkę, i zaczęła nią obracać.
— Dawniej — powiedziała — to ty byłeś zadowolony, a ja siedziałam cicho. To nie było fajne. Po prostu udawaliśmy, że jest fajnie.
— Nieprawda.
— Prawda. Ty chciałeś jednego dziecka. Ja wiedziałam, że będą dwa. I przez całą ciążę modliłam się, żebyś to zaakceptował.
— Zaakceptowałem.
— Nie. Ty je tolerujesz. A to różnica.
Milczałem. Bo to była prawda. Nie chciałem jednego dziecka zamiast drugiego. Nie chciałem, żeby Helenki nie było. Ale zaakceptować, że zamiast jednego wózka są dwa, zamiast jednego kompletu ubranek — dwa, zamiast jednego smoczka — dziesięć, bo one giną jak skarpetki? Tego nie umiałem.
— I co teraz? — zapytałem.
— Teraz ja mam warunek — powiedziała. — Wracam do pracy. Zarabiam. Dzielimy się kosztami. Ale od dziś ty robisz połowę przy dzieciach.
— To ja ci zapłacę.
— Nie.
— Dam ci całą pensję. Wszystko. Tylko nie sprzątaj.
— Nie chodzi o pieniądze.
— To o co, do cholery?
— O to, że pieniądze to jedyne, co dajesz. I to ci się wydaje, że jesteś ojcem.
Zabrała łyżeczkę i poszła do kuchni. Usłyszałem, jak odkręca wodę. Jak myje naczynia. Jak wyciera blat. Wszystko to brzmiało jak wyrok.
Ale ja nie dałem za wygraną. Wiesz, czasem trzeba zrobić coś, czego nikt się nie spodziewa. Nazajutrz wziąłem wolne. Pojechałem do urzędu pracy. Wypisałem wniosek o urlop tacierzyński. Tak, tacierzyński. Okazuje się, że w Polsce ojcom wolno. Nikt im nie broni. Po prostu tego nie robią.
Agata zastała mnie w domu z obiema dziewczynkami. Zuzia spała w chuście przy mojej klatce piersiowej. Helenka leżała na macie i patrzyła w karuzelę. A ja, uwaga, gotowałem rosół.
— Co ty robisz? — spytała.
— Obiad.
— Nie pytam o to.
— Biorę dwa miesiące wolnego. Pół etatu. Potem zobaczymy.
Agata oparła się o framugę. Patrzyła na mnie długo. Potem zdjęła te swoje mokre buty i bez słowa usiadła na podłodze obok Helenki. Po chwili dołączyłem do niej. Siedzieliśmy tak we trójkę — w czwórkę, licząc Zuzię — na zimnej terakocie w kuchni, a rosół pyrkotał na gazie.
Tydzień później Agata wróciła do biura. Nie do sprzątania. Na pół etatu, najpierw recepcja, potem projekt. Nie chciałem, żeby myła kible. Ale kiedy teraz o tym myślę, to może właśnie to była najlepsza rzecz, jaką mogła zrobić. Bo pokazała mi, że nie jestem jej bankiem. Że jestem ojcem. I że jeśli nie potrafię nim być, to potrafi mnie tego nauczyć.
Wczoraj w supermarkecie znowu stanęliśmy przy kasie. Agata trzymała listę. Ja pchałem wózek. Na taśmie leżały trzy paczki pieluch. Jedna rozmiar 2, dwie rozmiar 3. I dwadzieścia słoiczków. I proszek do prania, i płyn do szyb, i woda mineralna, i kawa.
— Płatność? — spytała kasjerka.
— Kartą — powiedziałem.
Agata sięgnęła po swoją torebkę. Powstrzymałem ją.
— Ja płacę — powiedziałem.
— Przecież mamy dzielić.
— Dziś ja.
— Dlaczego?
Bo to ja chciałem być tym, kto płaci. Tym, kto nie skreśla pieluch z rachunku.
— Bo to moja kolej — odparłem. — Ty płacisz w czwartek.
Agata podniosła brew. Potem wzruszyła ramionami i schowała portfel. A ja przyłożyłem kartę do terminala. 214 złotych 90 groszy. Zapłaciłem. I po raz pierwszy od czterech miesięcy patrzyłem na paragon bez wściekłości.
Wyszliśmy na zewnątrz. Padał deszcz. Agata otworzyła parasolkę, a ja wiozłem wózek. Helenka złapała mnie za palec. Zuzia spała. A ja szedłem i myślałem, że nie wiem, co będzie jutro. Ale dzisiaj kupiłem pieluchy.
I to nie był mały zakup.












