Nazywam się Bogusław Krajewski, mam sześćdziesiąt jeden lat i od siedemnastu pracuję jako listonosz na osiedlu Widok w Radomiu. Znam tu każdą klatkę, każdy pies szczeka na mnie inaczej niż na sąsiada, a pani Halina z parteru zawsze wystawia dla mnie kubek herbaty na parapet, nawet jak leje.
Panią Krystynę Sobieraj, numer 14 przy ulicy Kusocińskiego, znałem od dwunastu lat. Emerytowana krawcowa, wdowa, mieszkała sama na trzecim piętrze bez windy, ale schodziła po chleb codziennie o wpół do dziewiątej, bo tak było taniej niż zamawiać dowóz. Miała syna w Poznaniu — Marcina, informatyka, dobrze zarabiał, to wiedziałem, bo zawsze chwaliła się przy skrzynce, że wysłał jej nowy telewizor albo że firma dała mu premię.
Rozmawialiśmy krótko, bo praca to praca. Ale wystarczyło, żebym wiedział, że czeka. Nie na przesyłki. Na telefon od syna.
— Dzwonił w niedzielę — mówiła czasem, biorąc ode mnie rachunek za prąd. — Dziesięć minut. Ale mówił.
Innym razem, kiedy nic nie przychodziło od niego tygodniami, po prostu pytała, czy list jest na pewno do niej, jakby się łudziła, że koperta się pomyliła i w środku będzie coś od syna. Nie mój interes, żeby to komentować. Roznoszę korespondencję, nie życia ludzkie oceniam. Ale zapamiętałem, bo powtarzało się to zbyt często, żeby przejść obok obojętnie.
We wrześniu zeszłego roku zauważyłem, że skrzynka numer 14 zaczyna się zapychać. Ulotki z Biedronki, gazetka parafialna, rachunek za gaz — nikt nie odbierał. Trzeciego dnia zapukałem do sąsiadki, pani Zdzisławy, bo miała zapasowy klucz na wypadek, gdyby coś się stało. Poszłyśmy razem.
Zastaliśmy ją na fotelu przy oknie, z telefonem stacjonarnym na kolanach, jakby czekała, aż zadzwoni. Zmarła we śnie, tak orzekł lekarz — spokojnie, bez cierpienia. Ale to, co mnie przez długi czas nie dawało spać, to kalendarzyk leżący na stoliku. Miała tam odhaczone dni, kiedy Marcin dzwonił. Ostatnia kreska — dwudziestego szóstego lipca. Zmarła siódmego września. Sześć tygodni ciszy.
Na pogrzebie widziałem go pierwszy raz. Wysoki, w dobrze skrojonym garniturze, przyjechał autem, które kosztowało pewnie więcej niż ja zarobię przez trzy lata. Stał przy grobie sztywno, z telefonem w kieszeni, który co chwilę wibrował — firma nie robi sobie przerwy na czyjąś śmierć, jak widać. Nie płakał. Może w środku tak, nie moja sprawa oceniać cudzy żal po wyglądzie. Ale kiedy podszedłem złożyć kondolencje, powiedział tylko:
— Dziękuję, że się nią pan opiekował. Ja… miałem tyle projektów.
Nie dokończył zdania. Odwrócił się do księdza, żeby ustalić coś o stypie.
Minęło już prawie sześć miesięcy. Mieszkanie przy Kusocińskiego stoi puste, w oknie wisi kartka „na sprzedaż" od pośrednika. Ale w marcu, roznosząc korespondencję po sąsiedniej klatce, spotkałem panią Zdzisławę przy śmietniku. Powiedziała mi, że Marcin przyjechał tydzień wcześniej, sam, bez żony i dzieci. Nie do mieszkania — na cmentarz. Siedział tam, jak twierdziła sąsiadka obserwująca z okna, ponad godzinę, z telefonem odłożonym obok na trawie, wyłączonym.
Potem poszedł do notariusza w centrum miasta i zrzekł się na rzecz lokalnego hospicjum onkologicznego swojej części spadku po matce — mieszkania wartego jakieś czterysta dwadzieścia tysięcy złotych — zostawiając sobie tylko jej maszynę do szycia Łucznik i pudełko ze zdjęciami. Dowiedziałem się o tym od pani Zdzisławy, której powiedziała pracownica hospicjum, zbierając od sąsiadów podpisy pod podziękowaniem dla darczyńcy.
Nie wiem, co dokładnie czuł, siedząc na tej ławce przy grobie z wyłączonym telefonem. Nie moja sprawa to oceniać. Wiem tylko, że skrzynka numer 14 od pół roku jest pusta, bo nikt już tam nie mieszka i nikt nie czeka na listonosza z rachunkiem, który mógłby wziąć do ręki jak dowód, że ktoś jeszcze o niej pamięta.












