Jeżdżę taksówką po Wrocławiu jedenaście lat i człowiek myśli, że już nic go nie zaskoczy. A jednak w zeszłą sobotę miałem kurs, po którym przez dwa dni nie mogłem normalnie spać — choć przez większość drogi nie działo się nic szczególnego. To, co zobaczyłem na końcu, dogoniło mnie dopiero później, kiedy poskładałem wszystkie drobiazgi w jedną całość.
Zamówienie przyszło z aplikacji na ósmą rano, adres pod Ogrodem Zoologicznym. Czekała tam kobieta z dwoma dzieciakami — dziewczynka w różowej kurtce z misiem na kapturze i chłopiec, który cały czas ściskał w ręku plastikowego dinozaura. Mężczyzna, jak się okazało mąż, dogonił ich już przy samochodzie, z termosem i papierową torbą, z której pachniało drożdżówkami z piekarni na rogu. Zanim wsiadł, przystanął na chwilę przy bagażniku i wsunął do środka złożony koc — taki, jakiego używa się nie na piknik, tylko żeby komuś było ciepło, kiedy trzeba usiąść na chodniku albo poczekać na karetkę.
— Na Górę Trzech Krzyży, tak jak rozmawialiśmy — powiedziała do niego, wsiadając, i przez sekundę przytrzymała jego dłoń na oparciu fotela dłużej, niż to konieczne przy zwykłym wsiadaniu do samochodu.
Zapytałem, czy jedziemy najpierw tam, bo o tej porze parking bywa pełny. Powiedział, że tak, chce im pokazać widok na miasto, zanim zrobi się gorąco i przyjedzie więcej ludzi z aparatami. Przez całą drogę trzymał telefon w kieszeni na wyciszeniu — widziałem w lusterku, jak dwa razy wyjmował go, patrzył na ekran i chował z powrotem, nie odpisując. Dzieciak z tyłu liczył kominy, które mijaliśmy. Ona opowiadała, że dawno nie mieli razem dnia bez telefonów, że babcia zabrała psa na weekend, że chciała zobaczyć zoo od dawna, a nie tylko na zdjęciach znajomych. On kiwał głową, ale ani razu nie odwrócił się w jej stronę — patrzył prosto przed siebie, jakby liczył zakręty do celu.
Zostawiłem ich pod górą i miałem jechać dalej, ale zaproponowali, żebym poczekał — zapłacą za czas, chcą wrócić do samochodu, a nie łapać kolejną taksówkę. Zgodziłem się, bo i tak miałem przerwę na kawę, a budka z zapiekankami stała akurat na parkingu.
Czekałem może czterdzieści minut. Kiedy wrócili, dziewczynka niosła kamień, który znalazła na szlaku — mówiła, że to „skała ze złota”, choć wyglądał jak zwykły granit. Chłopiec zjadł już pół drożdżówki i miał okruszki na całej bluzie. Kobieta niosła w ręku telefon z otwartą galerią zdjęć, przewijała je kciukiem, uśmiechała się do ekranu. Mężczyzna otworzył bagażnik, sprawdził, czy koc leży na swoim miejscu, i zamknął klapę trochę za szybko, jakby nie chciał, żeby ktoś zdążył zajrzeć do środka.
Powiedziała mężowi, że to był dobry pomysł, ten dzień. Odpowiedział, że jeszcze mają w planie ZOO po obiedzie, jeśli dzieci nie padną wcześniej — i dodał, cicho, jakby do siebie, że o czternastej musi zadzwonić do doktora Wieczorka. Ona spięła się na ułamek sekundy, złapała go za rękaw kurtki, jakby chciała mu przerwać, ale zaraz puściła i odwróciła się do dzieci, pytając, gdzie chłopiec podział swojego dinozaura.
W samochodzie, jadąc do zoo, zadzwonił jej telefon. Odebrała, odeszła wzrokiem w bok, ku szybie, i powiedziała krótko: „Tak, o drugiej, wiem, będziemy na miejscu” — po czym rozłączyła się i wsunęła telefon głęboko do torebki, na samo dno, pod portfel.
Zostawiłem ich pod bramą ogrodu zoologicznego. Mężczyzna zapłacił kartą, dorzucił napiwek, którego nie musiał dawać, i podał mi rękę — co się rzadko zdarza w tym fachu, ludzie zwykle wysiadają i tyle. Kiedy odbierał ode mnie resztę, rękaw jego kurtki podjechał do góry i zobaczyłem na przedramieniu plaster do wenflonu, taki jaki zakładają w szpitalu, jeszcze niezdjęty, tylko zaklejony plastrem z bajkowym nadrukiem — pewnie tym, który dzieci wybierają w aptece.
Nie wiem, co robili później, czy chłopiec zasnął w wózku przy pawilonie z żyrafami, czy dziewczynka zgubiła gdzieś swój kamień „ze złota”. Wiem tylko, że kiedy odjeżdżałem, w lusterku zobaczyłem, jak kobieta bierze go pod ramię, a on przekłada termos do drugiej ręki, żeby móc ją objąć.
Wróciłem na stację taxi i wziąłem następny kurs — jakiegoś biznesmena na lotnisko, w garniturze, z telefonem przy uchu przez całą drogę. Na tylnym siedzeniu, tam gdzie wcześniej siedział chłopiec, zostawił coś na oparciu — plastikowego dinozaura, tego samego, którego przez całą drogę na Górę Trzech Krzyży trzymał w garści tak mocno, że aż pobielały mu knykcie. Schowałem zabawkę do schowka, na wypadek, gdyby ktoś wracał po nią, i pojechałem dalej, z tym plastrem na przedramieniu mężczyzny wciąż przed oczami.











