Zamknięte na cztery spusty

Pracuję w Muzeum Archeologicznym w Krakowie od dwunastu lat. Magazyn, dokumentacja, inwentaryzacja. Widziałem przez ten czas tysiące eksponatów — od neolitycznych siekierek po średniowieczne monety. Ale to, co przyjechało do nas w listopadzie ubiegłego roku, zapamiętam do końca życia.

Zadzwonił do mnie Ryszard, kierownik działu. Mówi: Marek, przyjedź, czeka cię coś, czego w naszej pracy nie widziałem przez trzydzieści lat. Pojechałem. W sali konferencyjnej stała drewniana skrzynia, a w środku — kamień.

Nie żaden wielki głaz. Płaska płyta z piaskowca, metr na siedemdziesiąt, może czterdzieści kilo. Ale to, co na niej było, odebrało mi mowę. Wizerunek żyrafy, wyryty precyzyjnie, z takim wyczuciem proporcji, że do dziś nie wiem, jak człowiek bez linijki i kątomierza mógł coś takiego zrobić.

Przyjechała jako depozyt. Prywatny kolekcjoner z Wrocławia, nazwisko pominę, człowiek, który przez trzydzieści lat skupował sztukę naskalną z Sahary. Teraz postanowił pokazać zbiór światu i pierwszy egzemplarz oddał nam na rok. Umowa, protokoły, ubezpieczenie na osiemset tysięcy złotych.

Podpisałem odbiór. I wtedy zaczęły się telefony.

— Panie Marku — mówi głos w słuchawce, starszy mężczyzna, mówiący z wyraźnym obcym akcentem. — Pan przyjął depozyt. Gratuluję. Ale zanim cokolwiek pan z nim zrobi, muszę pana ostrzec.

Pytam, kto mówi.

— Nazywam się Karol Wenda. Jestem emerytowanym geologiem. Trzydzieści lat badałem patynę na rycinach naskalnych. Niech pan sprawdzi numer inwentarzowy. Jeżeli ta płyta ma symbol DS-143, niech pan jej nie dotyka rękoma bez rękawiczek.

Nie zrozumiałem. Każdy eksponat bierzemy w rękawiczkach.

— Nie o to chodzi — uciął. — Na tej płycie jest patyna, która w kontakcie z potem… Nie, nie będę mówił przez telefon. Przyjadę jutro. Do widzenia.

Odłożył słuchawkę, a ja stałem chwilę z telefonem przy uchu. Numer inwentarzowy, który nam podał, zgadzał się co do litery.

Następnego dnia przyszedł. Siwy, chudy, w ortalionowej kurtce za dużej o dwa rozmiary. Usiadł w moim gabinecie, za oknem padał deszcz ze śniegiem, na parapecie siedział gołąb, taki chory, z nastroszonymi piórami. Karol położył przed sobą teczkę, a w niej zdjęcia, wydruki, notatki.

— W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym dziewiątym — zaczął — brałem udział w wyprawie do Nigru. Płaskowyż Djado, niedaleko granicy z Libią. Dokumentowaliśmy petroglify. I tam, na jednej ze skał, znalazła nas grupa Tuaregów.

Otworzył teczkę, wysypał zdjęcia. Skalista wyżyna, żółty piasek, akacje, a na jednym zdjęciu — kamienna płyta, niemal identyczna z tą, którą podpisałem wczoraj.

— To jest odcisk — powiedział Karol. — Ta płyta, którą pan ma, to nie jest oryginał z Sahary. No, przepraszam, to znaczy: to jest kopia, odlew w piaskowcu, zrobiony z formy silikonowej, a potem sztucznie postarzony. Tak dobra patyna, że od oryginału odróżni ją może trzech specjalistów na świecie.

Siedziałem i patrzyłem na zdjęcia. Karol wskazał palcem na róg płyty.

— Tu, widzi pan, jest rysa. Taka siateczka mikro-pęknięć. To powstaje, kiedy formę silikonową zdejmuje się pospiesznie, bez nagrzania powierzchni. Naturalny kamień takiej siatki nie ma.

Patrzyłem. Rzeczywiście — delikatna siateczka, ledwie widoczna gołym okiem, ale pod lupą wyraźna.

— Skąd pan to wie? — zapytałem.

— Bo w Nigezie widziałem oryginał. Dwa dni po tym, jak go udokumentowaliśmy, płyta zniknęła. Miejscowi powiedzieli, że zabrali ją ludzie z konwoju, który jechał na północ, do Libii. Później ktoś wyciął ze skały drugą płytę i sprzedał przez Szwajcarię kolekcjonerowi. Wszystko to jest czarny rynek. A teraz ten kolekcjoner — Karol przerwał, wyjął z teczki kartkę — chce zdeponować w muzeum odlew, żeby mu dokumenty płyty wyprały pochodzenie. Potem, za dwa, trzy lata, sprzeda całość do Kataru albo Arabii. Z muzealnym certyfikatem, że to jest autentyk, z polskim stemplem. I nikt już nie sprawdzi, skąd naprawdę pochodzi.

Zimno mi się zrobiło, chociaż kaloryfer pod parapetem grzał na pełną moc.

— A co pan na to mówi? — zapytałem.

— Ja? Ja nic. Jestem na emeryturze. Ale pan nie musi być częścią tego. Wszystko jest w tych papierach.

Zostawił teczkę i wyszedł. Stałem w oknie i patrzyłem, jak idzie przez dziedziniec, z kołnierzem postawionym pod wiatr.

Przez następne trzy tygodnie próbowałem robić swoje. Inwentaryzacja, wyceny, ekspertyzy. Płyta stała w magazynie, w sektorze czwartym, na regale numer dwanaście, pod kodą z poliwęglanu. Ale nie mogłem o niej nie myśleć.

W nocy budziłem się i sprawdzałem, czy drzwi od magazynu są zamknięte. Dzwoniłem do żony o dziesiątej wieczorem i mówiłem, że wrócę później. W pracy patrzyłem na bezpieczną ścianę pomieszczenia, w którym trzymamy kopie i oryginały, i liczyłem cegły, jakbym chciał się upewnić, że ich liczba się zgadza.

W końcu poszedłem do Ryszarda położyłem mu przed sobą te dokumenty, które zostawił Karol.

— Co to? — zapytał Ryszard, nie podnosząc głowy znad raportu rocznego.

— Depozyt DS-143. Mam powody sądzić, że to falsyfikat. Kopia, nie autentyk.

Ryszard zdjął okulary, przetarł je mankietem. W jego gabinecie pachniało świeżą kawą i kurzem, jak zawsze.

— Marek, słuchaj. Wiem, że jesteś dokładny. Ale to jest depozyt od jednego z największych prywatnych kolekcjonerów w Polsce. Nie mogę iść do dyrektora z tezą, że mamy falsyfikat, bo jeden emerytowany geolog tak uważa.

Wyjąłem rysy z powiększeniem. Pokazałem mu siateczkę mikro-pęknięć, o której mówił Karol. Ryszard przyglądał się minutę. Potem odłożył zdjęcie i popatrzył na mnie takim wzrokiem, że od razu zrozumiałem.

— To za mało — powiedział. — Potrzebuję ekspertyzy z niezależnego laboratorium. Ale sam wiesz: koszt analizy patyny to jakieś dwadzieścia tysięcy. Piaskowiec, badanie mikroskopowe, datowanie. Skąd weźmiesz na to budżet?

Zaproponował zostawić sprawę. Nie zostawiłem. Wziąłem wolne na trzy dni, pojechałem do Wrocławia. Odnalazłem laboratorium przy Instytucie Geologii. Pani doktor Katarzyna Mazur, specjalistka od wietrzenia piaskowców, zgodziła się pobrać próbkę patyny, nie naruszając warstwy zewnętrznej, metodą mikro-nawiału.

— Panie Marku — powiedziała, kiedy zobaczyła płytę pod mikroskopem — to jest dobry odcisk. Bardzo dobry. Ale to odlew.

Nie wiem, co odczułem w pierwszej chwili. Może ulgę? Że to nie autentyk, że z autentykiem nie mamy nic wspólnego. A może strach — że otwieram coś, czego nikt nie chciał zobaczyć.

— Widzi pan — pokazała mi na ekranie komputera obraz z powiększeniem dziesięć tysięcy razy — patyna na odlewie różni się od naturalnej tym, że nie ma w sobie mikroskopijnych wykwitów soli, które w oryginale są na powierzchni od tysięcy lat. To jest tlenek żelaza, nakładany na gorącą parę, a potem suszony w temperaturze trzystu stopni. Naturalny piaskowiec takiej struktury nie ma.

— Ile kosztuje pełna ekspertyza? — zapytałem.

— Cena standardowa — dwadzieścia trzy tysiące pięćset. Wystawię fakturę.

Wróciłem do Krakowa i poszedłem z tym do dyrektora. Ominąłem Ryszarda. Tak nie powinno się robić, wiem. Ale wiedziałem już, że jeżeli pójdę do Ryszarda, płyta zostanie w magazynie do końca roku i nikt nigdy nie podejmie decyzji.

Dyrektor wysłuchał. Był spokojny, nawet za spokojny. Na jego biurku leżała otwarta książka o malarstwie holenderskim, Vermeer. Dyrektor patrzył na reprodukcję „Dziewczyny z perłą", kiedy skończyłem mówić.

— Zadzwonię do niego — powiedział. — Depozyt wycofamy. Ale od pana oczekuję dyskrecji.

Tydzień później przyjechał kolekcjoner. W sali konferencyjnej, przy długim stole, z prawnikiem. On sam elegancki, w stalowym garniturze, z pierścieniem z karneolem na palcu. Nie patrzył na mnie. Patrzył na Ryszarda, dyrektora, na kogokolwiek, tylko nie na mnie.

— Rozumiem, że mają państwo zastrzeżenia — powiedział, a jego głos był miękki, jakby mówił o pogodzie.

— Mamy ekspertyzę — odezwał się dyrektor i położył na stole oprawiony w czarną okładkę dokument. — Płyta DS-143 jest odlewem z formy silikonowej. Patyna sztuczna. Nie pochodzi z terenu Nigru. Nie ma i nie miała wartości zabytkowej. Depozyt zostaje wycofany.

Kolekcjoner uśmiechnął się kącikiem ust. Potem zapytał: — A kto za to zapłaci? Za czas, w którym płyta była w państwa magazynie, za ubezpieczenie, za transport?

— Nikt — powiedział dyrektor. — Depozyt był na pana ryzyko. Oficjalnie stwierdzam, że nie jest to zabytek. Dalsze roszczenia proszę kierować do radcy prawnego muzeum.

Nie powiem, żebym w tym momencie czuł triumf. Stałem z boku i wyglądałem przez okno. Na dziedzińcu ten sam gołąb, już chyba zupełnie siwy, grzebał w mokrym śniegu.

Kolekcjoner wyszedł pierwszy. Za nim prawnik. Gdy przechodził obok mnie, zatrzymał się na sekundę, poprawił mankiet koszuli i powiedział: — Pan to wszystko kiedyś zrozumie.

Nie zrozumiałem. I nie chciałem rozumieć.

Płytę zapakowano do skrzyni następnego dnia rano. Stałem przy rampie, patrzyłem jak ładowarka wjeżdża na samochód. Wiał wiatr, było minus siedem. Podpisałem dokument zwrotu — wszystkie dziesięć stron, jeden egzemplarz dla nas, jeden dla przewoźnika.

Po tygodniu przyszło pismo z ministerstwa. Muzeum dostało uwagę proceduralną za „brak konsultacji z jednostką nadrzędną przy wycofaniu depozytu o dużej wartości". Ryszard nie powiedział ani słowa, ale przez następne dwa tygodnie nie zostawił w mojej skrzynce żadnej kawy.

Karol zadzwonił ostatni raz w Wigilię. Powiedział tylko: — Dziękuję. Naprawdę. — I się rozłączył.

W maju następnego roku dotarła do mnie wiadomość z sali konferencyjnej: zbiór sztuki naskalnej z Wrocławia kupiła fundacja z Paryża, kolekcja pojedzie na wystawę do Luwru. Nie sprawdzam, czy płyta DS-143 jest na liście eksponatów. Nie chcę wiedzieć.

Ale czasem, kiedy w magazynie robię inwentaryzację i dochodzę do regału dwunastego, na którym stała płyta, kładę rękę na pustej półce. Metal jest chłodny, dokładnie taki, jak powinien być. I przez sekundę czekam, że coś pod palcami zacznie drżeć.

Rate article
Zamknięte na cztery spusty