Neuropatia nie zaczyna się od krzyku

Zaczęło się od tego, że mama przestała czuć klucze w kieszeni.

Był listopad, w Lublinie lało od trzech dni, a tramwaje chodziły tak, jak chodzą, kiedy na Węglowej zwolni się sygnalizacja. Wracałem z nocnej zmiany w sortowni, autobus linii 57 miał opóźnienie, buty przemoczone na wylot. Zadzwoniła mama.

— Adam, przyjedź do mnie na obiad.

Coś w jej głosie mi nie grało. Za lekko to powiedziała. Mama nigdy nie mówi lekkim tonem, kiedy prosi o obiad — zwykle brzmi to jak wezwanie na dywanik, nawet jeśli chodzi tylko o rosół.

Dojechałem na Czuby. Ściany w klatce pachną kapustą i wilgocią, jak zawsze. Otworzyłem drzwi swoim kluczem, bo mój egzemplarz wciąż pasował, chociaż nie mieszkałem tam od czterech lat. W przedpokoju leżały buty mamy: sznurowane, z twardą podeszwą, które kupiła na bazarze przy Ruskiej za siedemdziesiąt złotych. Jeden był normalnie postawiony, drugi przewrócony. Mama siedziała w kuchni i patrzyła na stół.

— Nie wiem, gdzie położyłam klucze — powiedziała. — Trzymałam je w ręku i wyszłam. Potem patrzę — nie ma.

Klucze znalazły się po pięciu minutach. Leżały w kieszeni płaszcza, dokładnie tam, gdzie je schowała. Ale wtedy tego nie skomentowałem. Pomyślałem: zdarza się. Nocna zmiana, zmęczenie, każdemu się zdarza.

Tydzień później przypaliła się o kaloryfer.

Mieszkanie w bloku z wielkiej płyty ma ten jeden plus: kaloryfery grzeją tak, że w lutym trzeba otwierać okno. Mama opierała stopę o żeberko, siedząc z herbatą i krzyżówką. Zauważyła dopiero, kiedy poczuła zapach spalenizny. Na pięcie zrobił się bąbel wielkości monety pięciozłotowej. Sama to opatrzyła, nie powiedziała ani słowa. Pielęgniarka z przychodni na Onyksowej obejrzała to przypadkiem, gdy mama szła po receptę.

— Pani Ireno, ile razy pani mówiłam o stopach.

Mama machnęła ręką. Dosłownie machnęła, jakby chodziło o zaginioną rękawiczkę.

Potem przyszło mrowienie. Budziła się o trzeciej, czwartej nad ranem i siadała na brzegu łóżka, ściskając stopy dłońmi, jakby ktoś wbijał w nie igły. Nie skarżyła się, tylko przestawała spać. Widać to było po powiekach — zrobiły się cienkie, papierowe, z sinymi półksiężycami pod spodem.

— Mama, idź do lekarza.

— Po co? Starych nóg nie ma co leczyć.

— To nie jest starość — powiedziałem, chociaż sam nie wiedziałem, co to jest. Ale czułem, że to coś, co ma nazwę.

Mama chorowała na cukrzycę od dziewięciu lat. Brała metforminę, czasem zapominała o kolacji, pokłóciła się z doktor Wójcik o to, że ta każe jej ważyć porcje. Wiedzieliśmy o tym. Tylko że nikt w rodzinie nie traktował tego poważnie. Cukrzyca to była taka choroba z telewizora: jedz mniej słodyczy, więcej spaceruj. Jak katar, tylko na całe życie.

Pewnego wieczoru w grudniu, kiedy u niej spałem, bo u mnie pękła rura w łazience, usłyszałem, że wstaje. Trzecia czterdzieści. Słychać było, jak szura stopami po linoleum. Poszedłem do kuchni. Siedziała przy stole, z jedną nogą podwiniętą pod siebie, i tarła palce stopy tak mocno, że aż zbielały jej kostki.

— Palisz znowu? — zapytałem, bo zobaczyłem paczkę na parapecie.

— A co, będę żyła wiecznie?

Otworzyłem okno. Na parapecie leżał śnieg, pierwszy tej zimy. W kamienicy naprzeciwko sąsiad z trzeciego piętra wyprowadzał psa w samej kurtce narzuconej na pidżamę. Pies — mały, kudłaty kundel — stał i nie chciał iść dalej, jakby czuł, że ten śnieg to pomyłka.

— Posłuchaj — powiedziała mama, nie podnosząc głowy. — Czasem tak jakby coś mi chodziło po skórze. Pod spodem. Nie mogę tego zlapać.

— Jak mrówki?

— Gorzej. Jak druty.

I wtedy jej uwierzyłem. Do końca.

Rano zadzwoniłem do poradni diabetologicznej przy Jaczewskiego. Zapisywali z trzytygodniowym wyprzedzeniem, ale jak wytłumaczyłem, że mówię o stopach, znaleźli termin za cztery dni. Odwołałem zmianę w sortowni. Szefowa była wściekła, powiedziała, że to już drugi raz w tym miesiącu. Powiedziałem, że mi przykro. Nie było mi przykro. Czułem coś zupełnie innego — jak wtedy, gdy jako dziecko znalazłem w piwnicy martwego gołębia i nie wiedziałem, co z tym zrobić.

W przychodni mama nie chciała zdjąć butów.

— Pani Ireno — lekarka, młodsza ode mnie o z pięć lat, z kucykiem i okularami w cienkiej oprawce — muszę zobaczyć stopy.

— Wstydzę się — powiedziała mama. Tak po prostu. Nie kaprysiła. Mówiła prawdę.

— Mama, zdejmij — powiedziałem. — Ja wyjdę.

Wyszedłem na korytarz. Pachniało płynem do mycia podłóg i starymi papierami. Z automatu z kawą wypadł kubek, zanim wrzuciłem monetę. Jakiś mężczyzna w ortalionowej kurtce siedział trzy krzesła dalej i trzymał w dłoni skierowanie, złożone w pasek. Czekał, jakby to było jego drugie mieszkanie.

Po dwudziestu minutach lekarka poprosiła mnie do środka. Mama siedziała na kozetce w samych rajstopach, stopy oparte o papierową podkładkę. Z lewej pięty schodził strup, a pod spodem — czerwone, świeże, ale nie krwawiło. Skóra wokół błyszczała. Palce wyglądały, jakby ich dotykano inną skórą — bledszą, obcą.

— To neuropatia cukrzycowa — powiedziała lekarka. — Uszkodzenie nerwów obwodowych. Pani Irena prawie nie czuje dotyku w palcach. Gdyby rozwinęła się rana, moglibyśmy jej nie uratować stopy.

Mama zapytała: — To się leczy?

— To się zatrzymuje. Można spowolnić, utrzymać, czasem cofnąć. Ale musi pani codziennie pilnować cukru, codziennie oglądać stopy, nosić odpowiednie obuwie. I rzucić palenie. To ważne jak nigdy.

Wracałem z mamą do domu przez most na Bystrzycy. Śnieg topniał pod nogami, tworząc brudną breję. Mama szła powoli, jakby uczyła się chodzić po chodniku, którego nie czuła. Pies sąsiada szczekał zza bramy — ten sam kundel, co wtedy w nocy. Zatrzymałem się i zapytałem:

— Co zrobimy?

Pytanie było do mnie samego, ale mama odpowiedziała:

— Nic.

To „nic” zawisło między nami jak mokry śnieg na gałęzi.

Przez kolejne tygodnie walczyłem o każdy dzień. Kupiłem mamie lusterko na długiej rączce — proste, z apteki, za trzydzieści cztery złote. Postawiłem na parapecie w sypialni. Pokazałem, jak oglądać podeszwy. Nie skomentowała. Wieczorem dzwoniłem i pytałem, co jadła. Czasem kłamała. Poznawałem po tym, że robiła przerwy, jakby szukała w głowie właściwej odpowiedzi.

— Kasza gryczana z kurczakiem.

— A deser?

— Czekolada. Dwa kawałki.

— No widzisz — mówiłem. — Można.

Po drugiej stronie chwila ciszy.

Pewnego piątku, w styczniu, przyszła do mnie do mieszkania. Bez zapowiedzi, z reklamówką pełną słoików. Pomidorowa, ogórki, powidła. Stanęła w progu i powiedziała:

— Chyba zgubiłam buta.

Popatrzyłem w dół. Miała na nogach — jeden kozak w kolorze czerwonego wina, drugi nie w kolorze, tylko inny fason, z wywiniętą cholewką. Zorientowałem się, zanim ona to powiedziała.

— Miałam iść do sklepu. Wyszłam z domu. Na schodach patrzę — a to co? Gdzie mój but?

Okazało się, że w przedpokoju na Czubach stał drugi, czerwony. Mama założyła buty po ciemku, myśląc, że bierze parę. Nie poczuła, że jeden jest inny, bo stopa w tym oba nie czuła różnicy. Tego dnia pierwszy raz widziałem, jak mama płacze. Nie tak, jak na filmach — bez łez. Tylko trzęsły jej się ramiona, a ona trzymała reklamówkę, jakby to był jedyny stabilny przedmiot na świecie.

Zawiozłem ją z powrotem. W domu zdjąłem jej buty. Na pięcie, tam gdzie w listopadzie był ten bąbel, zrobiło się małe pęknięcie. Skóra wyglądała jak stara porcelana — jedna za mocna głównie.

— Czyścisz to czymś? — zapytałem.

— Nie czuję, gdzie to jest.

Tydzień później siedzieliśmy u lekarza na Kazimierzu, takiego od stóp. Czekałem, aż mama wejdzie do gabinetu, ale powiedziała:

— Idź ty. Ja tu zostanę.

— Beze mnie nie obejrzy ci stopy.

— Obejrzał przez telefon? — próbowała zażartować.

— Mama.

Weszła w końcu. Okazało się, że pęknięcie się powiększyło, a do środka dostało się zakażenie. Lekarz zszywał i czyścił, mama patrzyła w sufit. Dostała antybiotyk. Termin ponownej wizyty za dziesięć dni. Recepta na czterysta osiemnaście złotych — tyle kosztował specjalistyczny opatrunek na dwa tygodnie. Zapłaciłem. Nie pytałem, czy mogę.

Ale to nie był ten moment, w którym mama wreszcie zgodziła się coś zmienić. Tamten moment przyszedł trochę później, w lutym, we wtorek.

Przyszła do mnie do sortowni. Stała na parkingu między wózkami widłowymi, w za dużym płaszczu, chuda, z reklamówką w dłoni. Zeszła zmiana, ludzie wychodzili. Machała do mnie, jakbym był po drugiej stronie ulicy, a nie piętnaście metrów dalej.

— Adam! — zawołała. — Mam wyniki.

Podała mi kartkę. HbA1c. Osiem i dziewięć. Była na czczo, zbadała się w przychodni na Onyksowej, w poniedziałek. Poziom cukru po nocy — sto osiemdziesiąt. Do zalecanych norm jeszcze daleko.

— No i co teraz? — zapytałem.

— Teraz — powiedziała — obcięłam palenie. I zapisałam się do dietetyka.

Spojrzałem na nią. Trzymała w ręku klucze. Ściskała je tak, żeby poczuć zimny metal w dłoni.

Do domu wracałem tramwajem. Przez okno widziałem reklamę na przystanku: „Zdrowe stopy to twoja sprawa”. Banalne. Ale wtedy wydało mi się, że ktoś śledzi moją rodzinę.

Walczyliśmy o każdy gram cukru. Mama codziennie rano, przed kawą, mierzyła. Zapis. Pieczywo pełnoziarniste zamiast kajzerki. Spacery — najpierw do bramy, potem wokół bloku, potem na pobliski targ. Kupiła wagę kuchenną za czterdzieści dziewięć złotych. Kłóciliśmy się o ziemniaki w niedzielę. Odeszła złość, przyszło zmęczenie. Ale coś się zmieniło w geometrii naszego życia: ja i mama, mama i ja, bez telewizora w tle, bez milczenia przy zupie.

Miesiąc temu poszliśmy razem na kontrolę. Poziom HbA1c spadł do siedmiu i dwóch. Stopa się zagoiła. Czucie w palcach nie wróciło w pełni — to nie bajka, żeby wszystko wróciło. Ale mama powiedziała lekarzowi:

— Wie pani, ja teraz wiem, kiedy mi zimno w stopy. I to jest duża rzecz.

Lekarka uśmiechnęła się. — To naprawdę jest duża rzecz.

Wracaliśmy autobusem linii 57. Padał deszcz ze śniegiem. Na przystanku pod CH Plaza młoda dziewczyna sprzedawała tulipany za dwadzieścia złotych. Mama podeszła i kupiła trzy. Żółte. Zawinęła w gazetę.

Po powrocie do domu na Czubach mama zdjęła buty. Oba takie same. Czerwone, od pary. Ustawiła je równo pod ścianą w przedpokoju. Potem włożyła tulipany do wazonu, tego kryształowego po babci, i poszła do kuchni. W słoiku na parapecie, zamiast cukru, trzymała teraz miarkę do porcji i zapiski. Ta czysta kartka, pusta, leżała pod spodem. Zauważyłem, że na parapecie leży paczka papierosów — ta sama, z grudnia. Nieruszana.

Pies sąsiada znowu szczekał. Tym razem biegł za ogonem, jakby robił to pierwszy raz w życiu.

Mama wyjęła z torebki książeczkę zdrowia i położyła otwartą na stole. Na ostatniej stronie, pod tabelą pomiarów, dopisała długopisem: „Norma 70–140. Trzymać się.”

Podała mi herbatę. Kubek miał ucho, którego nie zdążyłem przykleić, tak że trzymał się jednym brzegiem. Wypiłem do połowy. Za oknem topniał ostatni śnieg. Cienka strużka wody spłynęła po szybie, zatrzymała się na odmalowanej ramie i skapnęła na parapet.

— Zostaniesz na obiad? — zapytała mama.

— Zostanę.

Pierwszy raz od dawna nie pytałem, co poda. I pierwszy raz od dawna to, co podała, miało smak.

A wieczorem, wychodząc, usłyszałem, jak mama mówi do siebie w przedpokoju:

— Adam, nie zgub kluczy.

Nie zgubiłem.

Rate article
Neuropatia nie zaczyna się od krzyku