Bella waży cztery kilogramy i mieszka na drugim piętrze kamienicy przy Kaszubskiej w Gdyni, tam gdzie latem pachnie frytkami z budki na rogu, a zimą solą rozsypaną na chodniku. Jest chihuahuą, ma cztery lata i charakter, który sąsiadka z parteru nazywa "małym generałem w futerku". Nikt się z tego nie śmieje od tamtej nocy w marcu, kiedy urodziła sześcioro szczeniąt na starym kocu w kuchni Ireny Wachowiak.
Irena ma sześćdziesiąt trzy lata, jest emerytowaną pielęgniarką i to ona pierwsza zauważyła, że coś jest inaczej.
– Ona się w ogóle nie rusza od nich – powiedziała wtedy przez telefon córce, Aśce, która mieszka w Wejherowie i przyjeżdża co niedzielę na obiad. – Trzeci dzień. Ja jej wodę do miski przynoszę, bo sama nie idzie.
Aśka nie do końca wierzyła, dopóki nie zobaczyła tego na własne oczy. Bella leżała na boku, sześć maleńkich ciał wtulonych w jej brzuch, a ona nie spała – to było widać po uszach, które reagowały na każdy dźwięk z ulicy, na trzaśnięcie drzwi windy, na kroki na klatce. Kiedy jeden ze szczeniaków zapiszczał cieniutko, Bella była przy nim, zanim Irena zdążyła się schylić.
– Ja pracowałam na oddziale noworodkowym dwadzieścia osiem lat – mówiła Irena, siedząc przy stole i obierając ziemniaki, bo obiad sam się nie ugotuje, nawet gdy w kuchni odbywa się cud. – I mówię ci, ten pies pilnuje ich tak, jak my pilnowałyśmy wcześniaków. Co godzinę sprawdza oddech. Serio.
Minęły tygodnie. Szczeniaki – cztery suczki i dwóch samców – zaczęły chodzić, potem biegać, potem wpadać na nogi od krzeseł i na miskę z wodą, którą przewracały z uporem godnym lepszej sprawy. Wspinały się po grzbiecie Belli jak po górce w parku, zasypiały jej na karku, przyciśnięte jeden do drugiego. Irena znajdowała ich czasem wszystkich naraz, ułożonych na matce jak na materacu, a Bella leżała bez ruchu, cierpliwa, z tym swoim spojrzeniem, które sąsiadka z parteru nazwała kiedyś "dumą prosto z klatki piersiowej".
Ale to nie była tylko urocza historia o psiej rodzinie. To był początek problemu, który miał się zrobić poważny.
Bo szczeniaki rosły, a Ireny renta – tysiąc siedemset osiemdziesiąt złotych miesięcznie – nie rosła wcale. Karma, weterynarz, odrobaczanie, pierwsze szczepienia dla sześciu psów naraz – to były pieniądze, których po prostu nie miała. Ktoś musiał je oddać. Wiadomo było od początku, że to się stanie, ale wiedzieć i zrobić to co innego.
Pierwsza przyszła po szczeniaka sąsiadka z czwartego piętra, pani Barbara, która akurat straciła swojego jamnika. Potem zgłosił się kolega Aśki z pracy. Potem ogłoszenie na lokalnej grupie na Facebooku zrobiło swoje – "Gdynia, oddam chihuahua mix, cudowna matka, zdrowe szczenięta". Telefon dzwonił codziennie.
Do domu przy Kaszubskiej zaczęli przyjeżdżać ludzie. Jeden zabierał szczeniaka w kartonowym pudełku wyścielonym ręcznikiem, inny w transporterze kupionym tego samego dnia w sklepie zoologicznym przy Świętojańskiej. Bella za każdym razem podchodziła do drzwi, wąchała ręce obcego człowieka, obwąchiwała swoje dziecko po raz ostatni – i cofała się. Nie warczała. Nie próbowała zatrzymać. Po prostu odwracała łeb i wracała do kuchni, do reszty, którzy jeszcze zostali.
Piątego szczeniaka odebrał mężczyzna z Rumii, mówił, że dla córki na urodziny. Zostało jedno – najmniejsze, suczka z białą łatką na uchu, którą Irena po cichu, wbrew sobie, zaczęła nazywać Mrówką.
I wtedy zadzwoniła Aśka z wiadomością, która wszystko zmieniła.
– Mamo, ja rozmawiałam z Pawłem. Wiesz, ten sąsiad z bloku obok, co ma warsztat samochodowy przy Morskiej. On chce Mrówkę. Ale on chce ją zabrać do siebie, nie na wychowanie, tylko na chów. Mówi, że chihuahua rasowa to jest dobry biznes, że będzie miał z tego stały dochód.
Irena milczała chwilę za długo.
– On chce ją trzymać w warsztacie? Wśród opon i oleju?
– Mówi, że będzie miała boks. I że da ci za nią pięćset złotych.
Pięćset złotych to była prawie jedna trzecia renty Ireny. Kusząca liczba dla kogoś, kto liczy każdą złotówkę na leki. Ale tego wieczoru, kiedy Irena usiadła w kuchni z kubkiem herbaty, Bella – już bez pięciu dzieci, z jedną Mrówką śpiącą na jej łapach – podniosła łeb i popatrzyła na nią tak, że Irena odstawiła kubek.
Nazajutrz przyjechał Paweł. Miał na sobie roboczą kurtkę z logo warsztatu, pachniał smarem, w ręku trzymał transporter, który wyglądał, jakby wcześniej wożono w nim narzędzia.
– No to gdzie ta mała? – zapytał, rozglądając się po kuchni jak po towarze na sprzedaż.
Bella wstała z koca. Stanęła między Pawłem a kącikiem, gdzie leżała Mrówka. Nie warczała. Po prostu stała.
– Panie Pawle – powiedziała Irena, zanim zdążyła się zastanowić, czy to dobry pomysł. – Ja jednak nie sprzedam.
– Umawialiśmy się przez Aśkę.
– Aśka umawiała się za mnie, ale ja jeszcze nic nie podpisałam. I nie podpiszę. Nie oddam pani do boksu w warsztacie za pięćset złotych, żeby rodziła szczeniaki co pół roku dla pana zysku.
Paweł stał chwilę z pustym transporterem w ręku, powiedział coś o zmarnowanym czasie i wyszedł, trzaskając drzwiami tak, że w kuchni zadrżała szyba w kredensie.
Irena tego samego dnia poszła do notariusza przy alei Piłsudskiego – nie żeby coś podpisać przeciwko komukolwiek, tylko żeby zrobić coś dla siebie i dla Belli. Sporządziła prostą umowę darowizny, w której zapisała Mrówkę na siebie jako właścicielkę na stałe, z klauzulą, że pies nie może być odsprzedany ani oddany do hodowli komercyjnej. Koszt: sto dwadzieścia złotych. Zapłaciła z pierwszej raty trzynastej emerytury.
Wróciła do domu z teczką pod pachą. Bella czekała przy drzwiach, jakby wiedziała.
Mrówka dziś ma osiem miesięcy, śpi każdej nocy na karku Belli, a Irena mówi, że renta jakoś starcza, jak się nie jeździ taksówką i kupuje karmę na wagę w sklepie na Świętojańskiej zamiast markowej z reklamy. Paweł przechodzi czasem koło bloku, nie zagląda już do klatki. A Bella, kiedy słyszy w windzie kroki, wciąż podnosi uszy najpierw – i dopiero potem, upewniwszy się, że to nie on, kładzie łeb z powrotem na łapach.












