Pracuję w nadleśnictwie w Puszczy Augustowskiej od czternastu lat. Jeśli ktoś myśli, że leśniczy tylko chodzi i słucha ptaków — niech przyjedzie w połowie stycznia, kiedy termometr pokazuje minus dwadzieścia, a ktoś zgłasza wnyki na 117. oddziale. Właśnie tamtego dnia miałem do sprawdzenia dwie ambony i linię oddziałową przy bagnie.
Śnieg skrzypiał tak, że słyszałem własne kroki z odległości pół kilometra. I wtedy zobaczyłem ją.
Kobieta w czerwonej kurtce klęczała przy zwalonej sośnie. Na pierwszy rzut oka — grzybiarka, która zgubiła koszyk. Ale był koniec grudnia, grzybów nie było od dwóch miesięcy. Podszedłem bliżej i dopiero wtedy zauważyłem: między gałęziami leżaka coś się szamotało.
Duży byk jelenia. Rogi — dwanaście odnóg, może trzynaście — wplątane w stalową linkę. Ktoś zastawił sidła na dzika, a trafił się jeleń. Im bardziej szarpał łbem, tym mocniej linka wrzynała się w poroże i szyję. Z pyska leciała piana zmieszana z krwią.
Kobieta — później dowiedziałem się, że ma na imię Ewa — mówiła do niego półgłosem. Nie uspokajała, nie cmokała. Po prostu opowiadała, co robi: „Teraz przełożę rękę nad twoim okiem, nie bój się, to tylko rękaw”.
Zamarłem. Jeleń ważył ze sto osiemdziesiąt kilo. Jeden ruch głową i po sprawie — złamany obojczyk, wybite zęby, wstrząśnienie mózgu. W kieszeni miałem telefon, ale zasięgu na tym odcinku nie było od czasu, kiedy wiatr zerwał przekaźnik w okolicy Mikaszówki.
— Proszę pani — powiedziałem najspokojniej, jak umiałem — niech pani odsunie się od zwierzęcia. Wezwę pomoc.
— Nie ma czasu — odpowiedziała, nie odwracając głowy. — On tu jest od wczoraj. Widziałam ślady, kiedy szłam na skróty od strony torów. Próbował się wyrwać całą noc.
Zajrzałem w śnieg dookoła. Faktycznie — rozjeżdżone kopyta, krew, połamane gałęzie w promieniu trzech metrów. Zwierzę było wycieńczone. Każda minuta działała na jego niekorzyść.
Ewa wyjęła z plecaka składany nóż myśliwski. Nie pytałem, skąd go ma. Później okazało się, że jest technikiem weterynarii z Białegostoku i przyjechała na święta do rodziny w Płaskiej. Rano poszła się przejść — „tylko na godzinę”, jak powiedziała mężowi przy śniadaniu.
— Niech pan przytrzyma gałąź — rzuciła. — Tę, co wchodzi między łopatki.
Złapałem suchy konar i odgiąłem go na tyle, na ile pozwalał napięty drut. Ewa wsunęła ostrze między linkę a poroże. Cięła powoli, milimetr po milimetrze. Stalowa plecionka puszczała z suchym trzaskiem. Jeleń przestał się szarpać — jakby zrozumiał, że cokolwiek robią te dwie istoty, jest lepsze od samotnego umierania w zmrożonym lesie.
Pierwsze włókno puściło. Potem drugie. I wtedy byk szarpnął.
Nie z agresji — po prostu poczuł luz i instynktownie spróbował wstać. Ważył jednak za dużo na zmęczone nogi. Zachwiał się, runął bokiem, a linka, którą Ewa właśnie przecięła, smagnęła ją w poprzek twarzy. Od ucha do brody przeciągnęła się czerwona linia.
Puściłem gałąź i podbiegłem. Ewa przyłożyła dłoń do policzka, popatrzyła na krew na palcach i powiedziała tylko: „Dokończ”.
Podała mi nóż. Ręce jej się trzęsły — z zimna, z bólu, diabli wiedzą. Ja miałem swoje, leśniczego: grube rękawice, wprawę przy przecinaniu drutu przy grodzeniu upraw. Trzy ruchy i linka puściła całkowicie.
Jeleń wstał. Wolno, jak stary człowiek z fotela po długiej chorobie. Stał tak z dziesięć sekund, chwiejąc się na boki. Potem spojrzał na nas — nie wiem, co widzi jeleń, kiedy patrzy człowiekowi prosto w oczy, ale przez moment miałem wrażenie, że coś w tym spojrzeniu jest. I poszedł. Nie galopem, nie w panice. Odwrócił się i powoli zniknął między świerkami.
Ewa siedziała na śniegu i przykładała chustkę do rozciętego policzka. Z torby wystawał jej aparat fotograficzny — Canon z obiektywem 70-200, nie tani. Dopiero wtedy dotarło do mnie: przyszła tu fotografować zimowy las. Lekarze później założyli jej dziewięć szwów. Blizna została na całe życie — cienka, biała kreska, którą podobno mąż nazywa „podpisem jelenia”.
Kiedy szliśmy do leśniczówki, żeby przemyć ranę i zadzwonić po transport do Augustowa, Ewa nagle się zatrzymała.
— Wie pan, co było najdziwniejsze? — zapytała. — Kiedy przecięłam linkę, on nie uciekł od razu. Stał. Mógł mnie stratować, a stał.
— Może chciał się odwdzięczyć — zażartowałem głupio.
— Nie — powiedziała. — On po prostu nie wiedział, że jest wolny. Całą noc szarpał się w pułapce, a kiedy puściła, nie zrozumiał tego od razu.
W leśniczówce nalałem jej herbaty z termosu. Cukru nie miałem, została tylko miętowa po poprzednim dyżurze. Ewa wypiła jednym haustem, potem drugim. Dopiero przy trzecim kubku zauważyła, że przez okno widać sarny na łące — trzy sztuki, spokojnie żerujące przy paśniku.
Telefon w kieszeni milczał. Zasięg pojawił się dopiero przy drodze wojewódzkiej, pół godziny później. Karetka zabrała ją do Augustowa. Lekarz na izbie przyjęć zapytał, czy to wypadek przy pracy. Ewa podobno odpowiedziała: „Nie, to wypadek przy wolności”.
Tydzień później w nadleśnictwie dostaliśmy pismo — Ewa założyła fundację na rzecz usuwania nielegalnych sideł i wnyków. Poprosiła o dostęp do map oddziałów, gdzie notujemy przypadki kłusownictwa. Dyrektor się zgodził. Do dziś, kiedy widzę w systemie zgłoszenie o wnykach na którymś z oddziałów, od razu dzwonię do niej. Przyjeżdża za każdym razem — nieważne, czy to środek tygodnia, czy Wigilia.
Ma w samochodzie torbę z narzędziami: nożyce do cięcia drutu, latarkę czołową, rękawice taktyczne i ten sam składany nóż z rękojeścią z orzecha. Na ostrzu jest mikroskopijna szczerba — ślad po stalowej lince, która omal nie zabiła ich obojga.
Czasem, kiedy jestem sam na patrolu i widzę świeże ślady jelenia na śniegu, przypominam sobie tamten dzień. I myślę, że niektóre blizny są jak stemple w paszporcie — mówią dokładnie, gdzie byłeś i co zrobiłeś. Tylko że ten paszport nosisz nie w kieszeni, tylko na twarzy, i nie możesz go zgubić.












