Wnuk psa

Nazywam się Bartek, mam trzydzieści dwa lata i to ja przywiozłem tego psa do teścia. Może od razu powiem, jak to wyglądało z mojej strony, bo Halina — moja żona — opowiadała to później rodzinie tak, jakbym rzucił jamnika ojcu na kolana i uciekł na lotnisko. Nie było tak.

Tydzień wcześniej rozstałem się z dziewczyną, z którą mieszkałem w Poznaniu na Winogradach. Wyprowadzka, kartony, pies, którego adoptowaliśmy razem rok wcześniej — a którego teraz nikt nie chciał wziąć na stałe. Nazywała się Fasolka. Rudy jamnik krótkowłosy, dziewięć kilo nerwów i uporu. Tomasz — mój teść — mieszkał sam w Gdyni, w bloku przy Świętojańskiej, od śmierci teściowej trzy lata wcześniej. Wiedziałem, że nie zapyta, czy może wziąć psa. Wiedziałem też, że nie mam gdzie go podrzucić na dłużej niż weekend.

Wysiadłem z pociągu na Dworcu Głównym z torbą transportową w jednej ręce i plecakiem w drugiej. Fasolka sapała przez kratkę cały czas, jakby chciała powiedzieć, że jej się to też nie podoba.

— Dziadku — powiedziałem, jak tylko otworzył drzwi — to jest Fasolka. Jest naprawdę spokojna.

Tomasz spojrzał na torbę, potem na mnie.

— Co to jest.

— Jamnik. Pies.

— Widzę, że nie osioł. Po co mi to przywiozłeś.

— Bo nie mam z kim jej zostawić, dziadku. Naprawdę, tylko na trochę.

Milczał chwilę za długo.

— Balkon — powiedział w końcu. — Niech mieszka na balkonie. I koniec tematu.

Chciałem się kłócić, ale byłem zmęczony, a on miał już tę minę, przy której się nie dyskutuje. Powiedziałem tylko:

— Dobra. Na razie balkon.

Powinienem był wtedy zauważyć, jak długo trzymał wzrok na tej torbie, zanim ją otworzył.

Wiem, co mówiła później Halina o pierwszych dniach — że ojciec chodził za psem po mieszkaniu jak strażnik, że rozkazywał jej wracać na balkon, że Fasolka schowała się pod fotelem i nie wychodziła. To wszystko prawda, tyle że ja to widziałem inaczej, bo zostałem u niego dłużej niż planowałem — do piątku, bo mój pociąg powrotny miałem dopiero wtedy.

Tomasz przez pierwsze dwa dni mówił do psa jak do żołnierza. „Na balkon”, „ma być porządek”, „czterdzieści lat rządziłem ludźmi i zawsze działało”. To zdanie powiedział głośno, do siebie, myśląc, że nikt nie słyszy — ja akurat wracałem z kuchni z herbatą i usłyszałem. Fasolka ziewnęła mu prosto w twarz i schowała się pod fotel. Stał wtedy na środku salonu w tych swoich kapciach w kratkę i patrzył na pusty fotel, jakby przegrał coś ważniejszego niż spór o miejsce dla psa.

Trzeciego dnia coś się zmieniło. Rano zastałem go przy stole kuchennym z gazetą — czytał na głos, jak zawsze, o cenach gazu, o remoncie ronda przy Świętojańskiej. Fasolka siedziała obok, głowę miała przekrzywioną w prawo, jakby naprawdę słuchała. Powiedział coś o podwyżkach, że to skandal, a ona szczeknęła raz, krótko.

— Zgadzasz się — zapytał, patrząc na nią znad gazety.

Nie odpowiedziała, bo pies. Ale on się uśmiechnął pod nosem, tak żebym nie zauważył. Zauważyłem.

W czwartek poszedł sam do sklepu zoologicznego przy Alei Zwycięstwa — wiem, bo widziałem paragon na blacie, zanim wyjechałem. Kupił karmę o trzydzieści złotych droższą niż ta, którą przywiozłem, z jagnięciną, dla psów aktywnych małych ras. Nigdy by się do tego nie przyznał wprost, ale Halina, kiedy przyjechała w niedzielę odwiedzić ojca, znalazła w koszu opakowanie po tej tańszej karmie, w połowie pustej.

— Tato, dlaczego kupiłeś inną karmę? — spytała.

— Bo ta pierwsza jest słaba jakościowo. To wszystko.

— Ojej, przecież ty się przywiązałeś.

— Nie wygaduj głupot. Ma być zdrowa, i tyle.

To Halina mi to powtórzyła, ja tego nie słyszałem na żywo, ale znam ojca — brzmi jak on jeden do jednego.

Fasolka miała zostać u niego tylko do niedzieli — ustaliliśmy to z Haliną, że potem ja ją zabiorę z powrotem, bo znalazłem już mieszkanie na Jeżycach, które przyjmowało zwierzęta. W sobotę wieczorem zadzwoniłem, żeby powiedzieć, o której przyjadę po nią następnego dnia.

— Dziadku, jutro po południu przyjadę po Fasolkę.

Cisza w słuchawce trwała chwilę dłużej, niż powinna.

— Nie trzeba — powiedział w końcu. — Zostanie tu.

— Jak to zostanie? Mówiłeś, że balkon, że tylko na chwilę.

— Powiedziałem, „na razie”. To były moje słowa, pamiętam dokładnie.

Zaśmiałem się, bo naprawdę tak powiedział, tydzień wcześniej, w drzwiach, i wtedy nikt nie zwrócił na to uwagi.

— Dziadku, ty się przyzwyczaiłeś do tego psa.

— Nie wygaduj głupot. Po prostu w mieszkaniu ma być jakiś porządek, a jak ją stąd zabierzesz, znowu będzie pusto.

Nie powiedział „samotnie”. Powiedział „pusto”. Ale ja wiedziałem, co miał na myśli, bo widziałem, jak wygląda jego dzień, kiedy u niego nocowałem — pobudka o szóstej co do minuty, śniadanie o siódmej, spacer po parku Kolibki, dokładnie ten sam odcinek, czterdzieści minut, gazeta, obiad, drzemka. Od śmierci mamy Haliny ten rozkład stał się jeszcze sztywniejszy, jakby dopóki trzyma się godzin, wciąż jest kimś, kto to mieszkanie prowadzi. Ja to widziałem z zewnątrz i myślałem, że to smutne. Dopiero teraz rozumiem, że to było jego jedyne trzymanie się czegokolwiek.

W niedzielę przyjechałem po torbę transportową, nie po psa. Zapytałem wprost.

— To co, zostawiam ci ją na stałe?

— Zostawiasz — powiedział, nie patrząc na mnie, tylko na Fasolkę, która kręciła się przy jego nogach. — I nie musisz dzwonić co tydzień, żeby pytać, czy dobrze się nią opiekuję. Będzie dobrze.

— Dziadku, ja się nie boję o psa. Ja się cieszę.

Nie odpowiedział na to. Nachylił się, podrapał ją za uchem, a ona przymrużyła oczy.

Byłem u niego trzy tygodnie później, bo Halina urządzała imieniny córki niedaleko, w Sopocie, i wpadłem po drodze. Otworzył drzwi, a za nim, między nogami, wystawił łeb rudy jamnik, teraz już bez tej podejrzliwej miny z pierwszego dnia. Na balkonie, tam gdzie miała spać, stała suszarka na pranie i dwie doniczki z pomidorami. Posłanie dla psa leżało w sypialni, obok jego łóżka, widziałem przez uchylone drzwi.

— A to co — powiedziałem, wskazując na balkon.

— Zimno tam jesienią — odpowiedział, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. — Psu nie wolno marznąć.

Usiedliśmy przy stole, zaparzył herbatę, gazeta leżała otwarta na kolumnie z ogłoszeniami. Zauważyłem, że przy jego krześle stoi teraz drugi talerzyk — pusty, na podłodze, na wypadek gdyby coś skapnęło z obiadu, chociaż wiedziałem, że nigdy by się nie przyznał, że karmi psa ze stołu.

— Antoni pytał w parku, czy zostawiasz ją sobie — powiedział nagle, mieszając herbatę. — Powiedziałem mu, że wnuczka przyjeżdża w piątek po nią.

— To już nieaktualne, dziadku.

— Wiem, że nieaktualne. Powiedziałem mu to trzy tygodnie temu. Teraz mówię inaczej: mieszka tu, i tyle, nie ma o czym gadać.

Wyprostował się, jakby czekał, że się z nim będę spierał. Nie miałem zamiaru.

Wieczorem, zanim wyszedłem, Fasolka siedziała już na fotelu — tym samym, pod który się chowała pierwszego dnia — a on stał obok i czytał jej na głos nagłówki z gazety, głośno, tak jakby czytał komuś, kto naprawdę słucha. Zapytałem go w progu, czy dobrze się czuje, sam, w tym mieszkaniu.

— Nie jestem sam — powiedział, nie odwracając się od gazety. — Mam porządek w domu.

Zamknąłem za sobą drzwi i usłyszałem jeszcze, jak mówi do niej: „no i dobrze”, a ona odpowiada krótkim szczeknięciem, jakby stawiała kropkę.

Rate article
Wnuk psa