Miś dla Kajtka spod Białowieży

Leśniczówka pod Hajnówką pachniała dymem z pieca i mokrą korą — była połowa października, kiedy Marta Woźniak, wolontariuszka miejscowego ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt, dostała telefon od leśnika. Znalazł małego łosia, ledwie kilkudniowego, który kręcił się przy drodze koło Narewki, popiskując cienko, jakby wołał kogoś, kto już nie odpowie.

Nikt nie wie, jak długo błąkał się sam. Może dzień, może dwa. Sierść miał sklejoną błotem, kopytka poranione od kamieni, a w oczach coś, czego Marta nie potrafiła nazwać inaczej niż zwierzęcym przerażeniem. Matki nigdzie. Ślady na poboczu i resztki sierści mówiły same za siebie — łosica najpewniej wpadła pod samochód na trasie do Białowieży, tam, gdzie od lat stawiają znaki ostrzegawcze, a kierowcy i tak jeżdżą za szybko.

Dla łoszaka matka to nie tylko pokarm. To ciepło grzbietu, zapach sierści, jedyny znany mu świat. Bez tego każda minuta jest obca i zimna.

W ośrodku przy ulicy Leśnej, w drewnianym baraku przerobionym na izolatkę dla podrzutków, Marta owinęła go w koc i podała butelkę z mlekiem zastępczym. Malec pił, ale trząsł się cały, jakby zimno siedziało w nim głębiej niż na skórze. Nie spał. Chodził po kojcu w kółko, uderzał pyskiem o deski, szukał czegoś, czego nie potrafił nazwać.

— On nie potrzebuje tylko mleka — powiedziała tego wieczoru Ewa Kamińska, weterynarz, która przyjeżdżała do ośrodka dwa razy w tygodniu z Hajnówki starym oplem combo. — On potrzebuje mieć się czego trzymać.

W szafie w biurze, między segregatorami z dokumentacją zwierząt, leżała pluszowa maskotka — wielki brązowy miś, którego zostawiła kiedyś grupa dzieci ze szkoły podstawowej z Białegostoku, przyjeżdżająca na wycieczkę. Marta wyjęła go, otrzepała z kurzu i położyła w kojcu, obok koca.

Łoszak — nazwali go już wtedy Kajtek, bo tak krzyknął jeden z chłopców z wycieczki, gdy zobaczył zdjęcie na Facebooku ośrodka — podszedł ostrożnie. Powąchał. A potem oparł się o misia całym ciałem, przycisnął pyszczek do sztucznego futra i znieruchomiał.

Marta stała w progu z kubkiem herbaty, która już dawno wystygła, i patrzyła, jak drżenie w jego nogach powoli ustaje.

Od tamtej nocy miś nie opuszczał kojca. Kajtek kładł się przy nim do snu, opierał głowę na jego brzuchu, a kiedy z zewnątrz dobiegał warkot ciężarówki jadącej szosą, wtulał się w niego mocniej. Ewa mówiła, że to normalne — młode ssaki kopiują odruch przywiązania do matki na dowolny obiekt, który daje im poczucie bezpieczeństwa. Ale dla wolontariuszy, którzy codziennie sprzątali kojec i podgrzewali butelki o piątej rano, to wyglądało na coś więcej niż odruch.

Zima w Puszczy Białowieskiej przyszła wcześnie tego roku. Śnieg spadł już w listopadzie, a temperatury w nocy schodziły poniżej minus dziesięciu. Ośrodek nie miał funduszy na ogrzewanie całego baraku — grant z Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska pokrywał tylko podstawowe koszty karmy i leków. Marta z Ewą zbierały pieniądze na dodatkowy grzejnik olejowy, prosząc o wsparcie na lokalnej grupie na Facebooku "Przyjaciele Puszczy Białowieskiej".

Zebrały osiemset dwadzieścia złotych w trzy dni. Grzejnik kupili w markecie budowlanym w Hajnówce, przywieźli go w bagażniku, a wieczorem, kiedy już grzał kojec, Kajtek po raz pierwszy od tygodni zasnął bez tego nerwowego drgania łopatek, które Marta znała na pamięć.

Minęły cztery miesiące. Kajtek urósł, sierść mu pociemniała, nogi wydłużyły się na tyle, że miś, kiedyś prawie tej samej wielkości co on, teraz wyglądał przy nim jak zabawka przy dorosłym psie. Wciąż jednak nie zasypiał bez niego. Kładł łapę na jego brzuchu, dokładnie tak jak pierwszej nocy.

W marcu przyszedł czas na decyzję, której Marta się bała najbardziej. Program rehabilitacji zakładał wypuszczenie zwierzęcia z powrotem do lasu, gdy tylko będzie samodzielne — bez przywiązania do ludzi, bez zależności od obiektów. Ewa powiedziała to wprost, siedząc przy biurku z dokumentacją Kajtka rozłożoną na blacie: jeśli zostawią mu misia na dłużej, ryzykują, że zwierzę nie nauczy się funkcjonować jak dziki łoś. Że wróci pod ogrodzenie ośrodka, bo tam czuje się bezpiecznie, zamiast żyć w lesie, gdzie jest jego miejsce.

Marta nie kłóciła się. Wiedziała, że Ewa ma rację — miała ją za każdym razem, kiedy chodziło o dobro zwierzęcia, nawet jeśli to dobro wyglądało z zewnątrz na okrucieństwo. Ale poprosiła o jeszcze dwa tygodnie. Chciała odzwyczajać go stopniowo — najpierw zabierać misia na godzinę dziennie, potem na dłużej, aż Kajtek przestanie go szukać.

Pierwszego dnia bez misia łoszak chodził po kojcu do wieczora, obwąchując kąty, w których zabawka zwykle leżała. Nie jadł. Marta siedziała przy ogrodzeniu do jedenastej w nocy, patrząc, jak zwierzę uspokaja się dopiero, gdy sama usiadła obok niego na sianie i pozwoliła mu oprzeć łeb o swoje kolano.

Do początku kwietnia Kajtek nauczył się zasypiać sam. Nie od razu, nie bez trudu — ale nauczył się. Miś wrócił do szafy w biurze, wyprany i wysuszony, gotowy dla następnego podrzutka, który prędzej czy później trafi do ośrodka, bo w tej okolicy zawsze ktoś trafia.

Dwudziestego drugiego maja, kiedy trawa w lesie za ośrodkiem zrobiła się już wystarczająco wysoka, a Kajtek od tygodnia sam znajdował pokarm na wybiegu rehabilitacyjnym, Ewa podpisała formularz zwolnienia do środowiska naturalnego — dokument, bez którego żadne zwierzę objęte programem nie mogło opuścić terenu ośrodka. Marta zawiozła go w teczce do biura Nadleśnictwa Białowieża, gdzie urzędniczka przybiła pieczątkę bez słowa, jakby to była zwykła formalność, a nie koniec czterech miesięcy nocnych dyżurów.

Wypuścili go przy skraju lasu niedaleko wsi Teremiski, tam, gdzie teren łagodnie przechodził w gęstwinę. Kajtek stał chwilę przy otwartej bramie wybiegu, jakby sprawdzał, czy to na pewno wolno. Potem ruszył — najpierw powoli, potem truchtem, aż zniknął między drzewami.

Marta nie popłakała się wtedy. Popłakała się dopiero wieczorem, kiedy sprzątając biuro znalazła w szafie tego samego misia, teraz już wyraźnie sfatygowanego, z jednym uchem przetartym do gołej tkaniny. Odłożyła go na najwyższą półkę, obok pudełka ze starymi butelkami do karmienia, i zamknęła szafę.

We wrześniu, prawie cztery miesiące później, leśniczy z Teremisek przesłał jej zdjęcie zrobione fotopułapką ustawioną przy potoku — młody łoś, już z zaczątkiem poroża, pijący wodę o świcie, sam, bez śladu lęku w postawie ciała. Marta wydrukowała to zdjęcie i przypięła pinezką do tablicy korkowej nad biurkiem, obok dziesiątek innych zdjęć zwierząt, które przeszły przez ośrodek i wróciły tam, gdzie było ich miejsce.

Rate article
Miś dla Kajtka spod Białowieży