Grzegorz zjawił się u mnie w niedzielę, dokładnie w porze obiadu, kiedy zupa ogórkowa stygła już na stole, a ja czekałam na córkę z wnukiem. Usiadł, nie zdejmując kurtki, i powiedział, że mama musi go zrozumieć, bo taka jest kolej rzeczy.
Nazywam się Barbara Wójcik, mam sześćdziesiąt siedem lat i mieszkam w Bydgoszczy, w bloku przy ulicy Kujawskiej, tym samym, w którym mój mąż Stefan wychował syna. Stefan zmarł cztery lata temu — w marcu, kiedy jeszcze leżał śnieg, a ja musiałam sama załatwiać pogrzeb, bo Grzegorz akurat wtedy „miał ważny wyjazd służbowy”. Zostawił mi warsztat samochodowy przy Fordońskiej, ten sam, w którym pracował przez dwadzieścia dwa lata, i ten sam, w którym Grzegorz od dziecka kręcił się między podnośnikiem a klientami.
Warsztat prowadziłam razem z synem od śmierci Stefana. Ja pilnowałam papierów i kasy, on — mechaników i zamówień na części. Działało to, dopóki w jego życiu nie pojawiła się Kinga.
Poznał ją w salonie fryzjerskim, gdzie robiła paznokcie. Miała trzydzieści dwa lata, on czterdzieści jeden, żonaty z Anią od piętnastu lat, z dwójką dzieci — Julką i małym Tomkiem. Nie powiem, że od razu wiedziałam, do czego to zmierza. Ale kiedy zaczął znikać po robocie na „spotkania z dostawcą części", kiedy przestał wracać do domu na kolację, kiedy Ania zaczęła dzwonić do mnie z płaczem, pytając, czy wiem, gdzie jest jej mąż — wtedy zrozumiałam.
W kwietniu tego roku Grzegorz odszedł od Ani. Zabrał rzeczy w dwóch reklamówkach i wprowadził się do Kingi, do mieszkania przy Gdańskiej, które — jak się później okazało — opłacał z pieniędzy warsztatu. Z kasy, którą ja prowadziłam skrupulatnie, co do złotówki, odkąd zmarł Stefan.
W niedzielę, tę samą, kiedy zupa ogórkowa stygła na stole, Grzegorz przyszedł z dokumentami. Powiedział, że skoro warsztat był zapisany na oboje rodziców, a teraz ojca nie ma, to połowa się mu należy — i że chce tę połowę przepisać na Kingę, „żeby mieć zabezpieczenie, mamo, bo z Anią sprawy rozwodowe mogą się ciągnąć latami, a majątek trzeba chronić”.
Zapytałam go wprost, czy zdaje sobie sprawę, co mówi. Że chce dać kochance udział w firmie, którą jego ojciec budował od zera, remontując najpierw stare Fiaty 126p w garażu, a potem przez lata inwestując w podnośniki, sprężarki, diagnostykę komputerową. Powiedział, że to już nie moja sprawa, bo warsztat od dawna prowadzi on, a ja „tylko siedzę przy kasie".
Wtedy wstałam, wyłączyłam gaz pod zupą i powiedziałam, że muszę to przemyśleć.
Przez trzy dni nie odzywałam się do niego. Zamiast tego pojechałam do notariusza przy placu Wolności, tego samego, u którego robiliśmy ze Stefanem testament piętnaście lat temu. Wzięłam ze sobą teczkę z dokumentami warsztatu — akt własności nieruchomości, umowę spółki, wyciągi z konta firmowego za ostatnie dwa lata.
Okazało się, że po śmierci Stefana ja odziedziczyłam sześćdziesiąt procent udziałów, nie połowę, jak sądził Grzegorz. Nigdy nie przepisałam na niego reszty, bo — jak powiedział pan notariusz, poprawiając okulary — „proszę pani, dobrze pani zrobiła, że zaczekała". Grzegorz miał tylko czterdzieści procent, które dostał od razu po ojcu, i ani grosza więcej.
W czwartek zadzwoniłam do niego i poprosiłam, żeby przyszedł do warsztatu, nie do domu. Przyszedł pewny siebie, myślał pewnie, że zmiękłam.
Stanęłam za biurkiem, na którym jeszcze leżał kalendarz Stefana z zeszłego roku — nigdy nie miałam siły go wyrzucić — i położyłam przed nim dwa dokumenty. Pierwszy: wypowiedzenie jego umowy o pracę w warsztacie, ze skutkiem natychmiastowym, z powodu wykorzystywania środków firmowych na cele prywatne — te sto osiemdziesiąt tysięcy złotych, które przez osiem miesięcy szły na czynsz mieszkania przy Gdańskiej, znalazłam co do grosza w wyciągach. Drugi: pismo do sądu rejonowego o wykluczenie go ze spółki jako wspólnika działającego na szkodę firmy.
Zbladł. Powiedział, że to jego dziedzictwo, że ojciec by tak nie postąpił.
Odpowiedziałam, że ojciec przez dwadzieścia dwa lata wstawał o piątej rano, żeby otworzyć warsztat, i nigdy — ani razu — nie okłamał mnie, gdzie jest wieczorem. Że to nie warsztat jest jego dziedzictwem. Dziedzictwem miało być to, jak się traktuje rodzinę, a to Grzegorz roztrwonił pierwszy, zanim jeszcze pomyślał o pieniądzach.
Zapytał, co teraz będzie z warsztatem. Powiedziałam, że zatrudnię kierownika — Marka, który pracował ze Stefanem od piętnastu lat i który, w przeciwieństwie do syna, nigdy nie musiał kłamać, żeby spojrzeć mi w oczy. Że jego czterdzieści procent udziałów wyceni biegły sądowy i wypłacę mu w ratach, zgodnie z prawem, ani grosza więcej.
Wyszedł bez słowa. Trzasnęły drzwi warsztatu tak, że aż zadzwoniły klucze wiszące na tablicy przy wejściu.
Dwa tygodnie później zadzwoniła Ania. Powiedziała, że Kinga wyprowadziła się od Grzegorza, gdy dowiedziała się, że nie ma już dostępu do pieniędzy warsztatu, że mieszkanie przy Gdańskiej trzeba było oddać, bo nie było czym płacić czynszu. Zapytałam, jak dzieci. Powiedziała, że Julka pyta czasem o tatę, a Tomek za bardzo się jeszcze nie orientuje.
Nie zaprosiłam Grzegorza z powrotem. Nie dlatego, że chcę go ukarać — po prostu przestałam płacić za coś, na co on nigdy nie zapracował.
W niedzielę zupa ogórkowa znowu stygnie na stole. Tym razem czekam na Anię z dziećmi. Julka rysuje w zeszycie warsztat taki, jaki pamięta z wizyt u dziadka Stefana — z czerwonym podnośnikiem i żółtym Fiatem na środku. Patrzę na ten rysunek dłużej, niż powinnam, i odkładam go na półkę obok kalendarza, którego wciąż nie potrafię wyrzucić.











