Nazywam się Rafał Zborowski i mam czterdzieści jeden lat. Trener personalny, dwanaście lat w zawodzie, ostatnie sześć w klubie fitness przy alei Grunwaldzkiej w Gdańsku – tam, gdzie chodzą ludzie, którzy płacą za karnet tyle, ile ja zarabiam w tydzień. Piszę to, bo w telewizji już wszystko powiedzieli, ale nikt nie zapytał mnie, jak to wyglądało z mojej strony. A ja tam byłem. Byłem w samym środku.
Poznałem Beatę na siłowni jesienią, w listopadzie, kiedy za oknem robiło się szaro już o piętnastej. Przyszła na trening funkcjonalny, mówiła, że mąż kupił jej karnet na urodziny, bo "za dużo siedzi w domu". Miała czterdzieści dwa lata, mąż – Wojciech Sander, właściciel firmy budowlanej, dwa domy pod Sopotem i motorówkę, którą nazywał jachtem, choć to był raczej kabinowy żaglowiec, dwanaście metrów, kupiony za coś koło ośmiuset tysięcy złotych, jak później wyszło na jaw.
Nie planowałem niczego. Uczciwie mówię – na początku poprawiałem jej technikę przy martwym ciągu, tłumaczyłem, że biodra powinny iść do tyłu, a nie kolana do przodu. Ale ona zaczęła zostawać po zajęciach, pytać, czy mam czas na kawę w tej kawiarni na rogu, tam gdzie zawsze pachniało świeżo mielonym i skwierczącymi goframi z automatu. Rozmawialiśmy. Skarżyła się, że Wojciech większość weekendów spędza na wodzie, sam albo z kolegami z branży, a ją traktuje jak dodatek do domu – ładny, ale niekonieczny.
Ja wtedy naprawdę w to wierzyłem. Że jest samotna. Że mąż ją zaniedbuje. Człowiek słyszy takie rzeczy i chce pomóc, zwłaszcza kiedy ta osoba patrzy na ciebie tak, jakbyś był jedynym, kto ją słucha.
Pewnego wieczoru, chyba w marcu, zapytałem wprost:
— To dlaczego się po prostu nie rozwiedziesz?
Roześmiała się krótko, urywanie, jakby ktoś przyciął jej ten śmiech nożyczkami w połowie.
— Bo wtedy dostanę ułamek tego, co mi się należy. Rozdzielność majątkowa. Podpisałam to jak głupia, dziesięć lat temu.
I wtedy powiedziała zdanie, które teraz, po wszystkim, wraca do mnie jak ostrzeżenie, którego wtedy nie usłyszałem: że najlepiej byłoby, gdyby Wojtek po prostu… zniknął. Nie na serio, tak mi się wtedy wydawało. Żart gorzkiej kobiety.
Nie był to żart.
Beata zaczęła planować to spokojnie, systematycznie, przez sześć tygodni. Zaczęła gotować mężowi jego ulubiony żurek, dopytywać o firmę, chwalić jego nowe okulary przeciwsłoneczne. Wojciech rozkwitał – mówił mi to zresztą sam, bo w pewnym momencie zacząłem trenować i jego, prywatnie, w domowej siłowni. Tak, znałem obu. To akurat nikt w mediach nie wspomniał.
Namówiła go na weekend we dwoje, bez gości, "tylko wy". Zgodził się od razu, wzruszony. Popłynęli z portu w Sopocie w piątek rano, kiedy mgła jeszcze nie zdążyła zejść z mola.
Kiedy jacht był już daleko od brzegu, ja czekałem na pokładzie – to był mój pomysł, żeby mnie tam ukryć w kabinie na dziobie, głupota, wiem to teraz. Wojciech zobaczył mnie i znieruchomiał, jakby ktoś zatrzymał mu nogi w miejscu.
— Co ty tu robisz?
Beata nic nie odpowiedziała. Za jego plecami stanął Grzesiek, ochroniarz z firmy Wojciecha, którego Beata przekupiła – trzydzieści pięć tysięcy złotych, jak się później okazało z wyciągów bankowych. We trójkę obezwładniliśmy go. Skrępowaliśmy mu ręce trzymakiem od żagla, zmusiliśmy do klęknięcia na pokładzie.
— Beata, dlaczego? – zapytał, a głos mu się łamał.
Odpowiedziała bez emocji, jakby recytowała listę zakupów.
— Bo się zmęczyłam czekaniem.
Ja przyniosłem kotwicę z ładowni – piętnaście kilogramów żelaza, łańcuch owinięty wokół jego kostek. Patrzył na Beatę do samego końca, jakby czekał, że ona krzyknie "stop". Nie krzyknęła. Odwróciła twarz w stronę molo, które było już tylko cienką kreską na horyzoncie.
Zepchnęliśmy go z pokładu razem z Grześkiem. Kotwica poszła pierwsza, ciągnąc łańcuch, a potem on. Bąbelki na powierzchni Bałtyku, szare i zimne, trwały jakieś dziesięć sekund. Potem nic.
Objąłem Beatę.
— Teraz wszystko jest nasze.
Otworzyliśmy prosecco, które kupiła jeszcze przed wypłynięciem – zapakowane w lodówkę turystyczną razem z truskawkami, jakby to miał być piknik. Piliśmy na pokładzie, śmialiśmy się, a ja pamiętam, że gdzieś obok przelatywały mewy i krzyczały tak głośno, że w pewnym momencie kazałem im zamilknąć, jakby to miało znaczenie.
Nie wiedziałem wtedy o kamerze na maszcie. Wojciech zainstalował ją miesiąc wcześniej, po tym jak ktoś ukradł mu z kabiny zegarek i laptopa podczas postoju w Helu. Nagrywała wszystko – każdy nasz ruch, każde słowo.
Nie wiedziałem też jeszcze jednej rzeczy: że Wojciech nurkował rekreacyjnie od piętnastu lat i zawsze woził na jachcie mały zestaw ratunkowy – nóż w futerale przypięty pod relingiem, o którym nikt poza nim nie wiedział. Kiedy poszedł pod wodę, zdążył przeciąć pętlę na jednej nodze, zanim kotwica pociągnęła go w dół na dobre. Łańcuch zaczepił się o stalowy element podwodnej płetwy stabilizacyjnej jachtu i to dało mu te kilka sekund, których potrzebował.
Wypłynął daleko za rufą, tam gdzie już go nie widzieliśmy, bo my patrzyliśmy w stronę dziobu, na pustą wodę, nie za siebie. Zauważyli go dwaj rybacy z Władysławowa, którzy akurat stawiali sieci. Wyciągnęli go, sinego, w szoku, ale żywego.
Beata zgłosiła na policję w Gdyni, że mąż wypił za dużo, wyszedł na pokład i wypadł za burtę. Płakała na pogrzebie bez ciała tak przekonująco, że znajomi Wojciecha pocieszali właśnie ją. Ja stałem obok, w czarnym garniturze pożyczonym od kolegi, i trzymałem ją za rękę przed kościołem świętej Brygidy.
Problem był z prawnikiem. Powiedział, że bez potwierdzenia zgonu i zamknięcia śledztwa nie da się przepisać niczego – ani firmy budowlanej, ani domów w Sopocie, ani jachtu. Trzeba było czekać.
Czekaliśmy dziesięć dni. Beata zdążyła w tym czasie napisać do mnie kilkanaście wiadomości o sprzedaży jednej z nieruchomości i przelaniu pieniędzy na konto w Szwajcarii – wszystko to później znalazła prokuratura w jej telefonie. Ja też pisałem, głupio, otwarcie, bo byłem przekonany, że nikt nas już nie może usłyszeć.
Dziewiątego dnia policjanci zapukali do drzwi rezydencji w Sopocie. Beata myślała, że to rutynowe pytania. Jeden z detektywów położył przed nią zdjęcie.
Na zdjęciu był Wojciech. Żywy, w szpitalnej piżamie, z opatrunkiem na kostce.
Zobaczyłem to później, na komisariacie przy Kartuskiej, kiedy mnie samego przesłuchiwali. Powiedzieli mi wprost: nagranie z kamery na maszcie pokazuje wszystko – kotwicę, łańcuch, moją twarz, głos Beaty mówiący "bo się zmęczyłam czekaniem". Grześka zatrzymali tego samego wieczoru w mieszkaniu w Wrzeszczu, mnie – dzień później, na siłowni, w trakcie treningu klientki, która wybiegła z sali z krzykiem, kiedy zobaczyła mundury.
Teraz siedzę w areszcie śledczym i piszę to, bo ktoś powinien wiedzieć, że nie byłem potworem od początku. Byłem po prostu głupi i chciwy, a to, jak się okazało, wcale nie to samo co niewinny.
Wojciech żyje. Wrócił do domu w Sopocie, tego samego, w którym Beata planowała mieszkać z pieniędzmi po nim. Pierwsze, co zrobił po wyjściu ze szpitala – jak mówiła mi jego sekretarka, kiedy jeszcze próbowałem się z nim skontaktować przez adwokata – to poszedł do notariusza przy ulicy Długiej i unieważnił pełnomocnictwo, jakie Beata miała do konta firmowego. Osiemset dwadzieścia tysięcy złotych, które leżały na tym koncie, przelał na nowy rachunek, do którego dostęp miał tylko on. Zmienił zamki w obu domach tego samego dnia. Jacht sprzedał tydzień później – nie chciał go już widzieć.
Beata siedzi teraz w areszcie w Gdańsku i czeka na proces za usiłowanie zabójstwa. Ja czekam na swój. A jacht, ten sam, z tą samą kamerą na maszcie, pływa dziś po Zatoce Gdańskiej pod innym imieniem, z innym właścicielem, który pewnie nawet nie wie, ile widziała ta kamera, zanim ją zdemontowano jako dowód rzeczowy.











