Nieprawdopodobne życie: pies Kajtek i pusty grób w Suchedniowie

Nazywam się Zenon Wardęga, mam sześćdziesiąt jeden lat i od dwudziestu trzech pracuję jako grabarz na cmentarzu w Suchedniowie. Widziałem niejeden pogrzeb, w deszcz, w mróz, w upał taki, że asfalt na parkingu przy bramie się kleił do butów. Ale tamtego wtorku, dwudziestego trzeciego września, kopałem grób, który do dziś śni mi się po nocach.

Miałem wtedy skończyć o czternastej, bo żona czekała z obiadem, a u nas w domu spóźnienie na rosół traktuje się jak zdradę stanu. Pogrzeb był zamówiony na cichy, bez księdza, bez mszy w kościele, tylko krótkie pożegnanie przy grobie. Zamawiający, niejaki Robert Duszyński, zapłacił gotówką i powiedział, że żona sobie tego życzyła — skromnie, bez rozgłosu.

Zmarła nazywała się Alina Duszyńska, miała trzydzieści sześć lat, mąż od siedmiu. Przy trumnie stała jeszcze młodsza siostra zmarłej, Patrycja, ubrana w czarny płaszcz, który wyglądał, jakby kupiła go dzień wcześniej w galerii przy rynku w Skarżysku. Nie płakała. Zapalała papierosa za papierosem, jakby czekała na autobus, a nie na pogrzeb siostry.

Rodzina Aliny miała majątek — stary olejarnia po ojcu, kawałek ziemi pod Bliżynem, udziały w firmie eksportującej olej rzepakowy do Niemiec. Wszystko zapisane na Alinę, bo ojciec, zanim umarł cztery lata wcześniej, podobno powiedział u notariusza w Skarżysku: "Patrycja przehula wszystko w rok". Siostry od tamtej pory prawie się nie odzywały.

Kiedy zaczęliśmy zasypywać grób, z samochodu Duszyńskiego, białego kombi, wyskoczył pies — owczarek w typie border collie, ktoś mówił, że ma na imię Kajtek. Zaczął szczekać jak oszalały, drapać ziemię przy trumnie, skomleć, jakby coś czuł. Duszyński krzyknął na niego, żeby się uspokoił, ale pies nie odpuszczał.

I wtedy, między jednym szczeknięciem a drugim, usłyszałem coś, co przeszło mi po plecach zimnym dreszczem — głuche stuknięcie w deskę trumny. Jedno. Zatrzymałem łopatę w powietrzu.

— Zaczekajcie — powiedziałem. — Coś tam słyszałem.

Duszyński podszedł szybko, za szybko jak na człowieka, który przed chwilą pochował żonę.

— To drewno pracuje, panie Zenonie. Wilgoć. Proszę kończyć.

Miał w głosie coś, co u wdowców się nie słyszy. Nie żal. Strach.

Chciałem podejść bliżej, otworzyć wieko choćby na centymetr, ale on stanął między mną a trumną tak, jakby bronił dostępu do sejfu. Siostra, ta Patrycja, spojrzała na niego z boku i szepnęła coś, czego nie dosłyszałem — coś jak "nie teraz, tu ludzie".

Pies szczekał dalej, aż w końcu ktoś kazał mi go zabrać na smycz. Duszyński powtórzył, żebyśmy kończyli, że rodzina chce mieć to za sobą. Zamknąłem oczy i wróciłem do łopaty, choć ręce mi drżały bardziej niż powinny przy pracy, którą robię od dwudziestu trzech lat.

Skończyłem po piętnastej. Żona miała zimny rosół i pretensje, że się spóźniłem, ale nie powiedziałem jej wtedy nic — bałem się, że sam siebie nie zrozumiem, jeśli spróbuję to nazwać na głos.

Nie wiedziałem jeszcze, że pod ziemią Alina Duszyńska żyła. Że tamten stuk deski to była cała jej siła, jaką zdołała zebrać, żeby dać znać psu, jedynej istocie na tym cmentarzu, która jej wierzyła.

Dowiedziałem się wszystkiego dopiero trzy dni później, kiedy do mojej stróżówki przy bramie wpadł miejscowy notariusz, pan Godlewski, blady jak płótno, i kazał mi dzwonić na policję do Skarżyska.

Okazało się, że ojciec Aliny, zanim odszedł, zostawił u niego kopertę z instrukcją: otworzyć dopiero, gdyby córka zaginęła albo zmarła w niejasnych okolicznościach, i dopiero po czterech latach od jego śmierci — bo tyle miało upłynąć, zanim wygasną pewne umowy, które chciał chronić przed pochopnym działaniem zięcia. W kopercie był testament zmieniony w tajemnicy przed rodziną, notatki z rozmów z prawnikiem o podejrzanym ubezpieczeniu na życie wykupionym przez Duszyńskiego rok wcześniej, oraz nazwisko lekarza, u którego Alina — jak się okazało po sekcji nigdy niewykonanej, bo ciała przecież nie było w kostnicy tylko w grobie — miała przepisany silny lek nasenny, którego nigdy sama nie zażywała.

Tamtej nocy, gdy odkopano trumnę na polecenie prokuratury, byłem przy tym. Wieko podniesiono w świetle latarek, w powietrzu unosił się zapach ziemi i wilgotnego drewna. Alina żyła. Odwodniona, w hipotermii, ale żyła — bo przez trzy doby wąski otwór po pękniętej listwie u wezgłowia trumny, ten sam, przez który przenikał dźwięk szczekania Kajtka, dawał jej tyle powietrza, ile trzeba, żeby serce nie stanęło.

Karetka zabrała ją do szpitala w Skarżysku-Kamiennej. Duszyńskiego zatrzymano dwa dni później na stacji benzynowej przy trasie na Kielce, gdy próbował wypłacić z bankomatu resztę pieniędzy z konta, które od miesiąca przepisywał sam na siebie. Siostra Patrycja, przesłuchiwana, przyznała się do podania Alinie leku w winie tamtego wieczoru — powiedziała, że "tylko miała jej pomóc zasnąć", jakby to cokolwiek zmieniało.

Widziałem Alinę jeszcze raz, miesiąc później, kiedy przyjechała na cmentarz — nie do grobu, tylko do mnie, do stróżówki, żeby podziękować. Miała w torbie teczkę z papierami: akt notarialny przepisujący olejarnię i ziemię pod Bliżynem z powrotem wyłącznie na jej nazwisko, zgodnie z kopertą ojca, oraz dokument zamykający wspólne konto firmowe, na którym Duszyński miał jeszcze pełnomocnictwo. Powiedziała, że tego samego dnia zmieniła zamki w domu i w biurze olejarni, i że zadzwoniła do kontrahenta w Niemczech, żeby poinformować go, iż odtąd wszelkie faktury mają iść wyłącznie na jej konto — sto dwadzieścia tysięcy złotych z ostatniej dostawy, które Duszyński już zdążył sobie zaksięgować gdzie indziej, wróciło na właściwe miejsce.

Kajtek biegał wtedy między grobami, obwąchując trawę, jakby nic się nie stało. Alina przykucnęła, poczochrała go za uchem i powiedziała do mnie tylko tyle:

— Dziękuję, że pan zatrzymał łopatę.

Nie płakała. Wsiadła do samochodu, pies wskoczył na tylne siedzenie, i odjechała w stronę Skarżyska. Ja wróciłem do grabania liści między nagrobkami, bo jesień tego roku przyszła wcześnie, a robota sama się nie zrobi.

Rate article
Nieprawdopodobne życie: pies Kajtek i pusty grób w Suchedniowie