# Numer 12, którego nikt nie znał
Telefon zadzwonił o 4:40 nad ranem, a ja już przy pierwszym sygnale wiedziałem, że stało się coś złego. Takie dzwonki nie zdarzają się bez powodu. Nie po tylu latach spędzonych w terenie — z psem, latarką i mapą, na poszukiwaniach, które rzadko kończyły się dobrze.
Spałem jak zwykle płytko, dziesięć minut tu, piętnaście tam, z jednym uchem otwartym. Kiedy telefon zawibrował na blaszanym blacie przy łóżku, moja ręka już tam była.
— Mówi Szymon Walczak — powiedziałem.
Kobieta po drugiej stronie zawahała się, jakby spodziewała się kogoś innego. Głos miała urzędowy, zmęczony, zbyt cichy na tę porę.
— Panie Walczak, mówi aspirant Karolina Zięba z komendy powiatowej w Augustowie. Przepraszam, że dzwonię o tej godzinie, ale mamy u nas dziecko. Małą dziewczynkę. Znaleziono ją boso przy drodze wojewódzkiej 664, koło Lipska. Chyba szła od strony lasu.
Usiadłem na skraju łóżka. W ciemności usłyszałem, jak mój pies — stary, siwy owczarek belgijski — unosi łeb i wpatruje się w okno. Deszcz bębnił o parapet. Piec w kącie wystygł dawno temu.
— Chyba pomyliła pani numery — powiedziałem. — Nie mam dzieci.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Potem aspirantka odezwała się łagodniej:
— Też tak myślałam. Ale ona cały czas powtarza jedno pytanie. Pyta o… kogoś, kogo nazywa Wielkim.
Zamarłem.
Wielki. Nikt tak na mnie nie mówił od dwudziestu trzech lat.
Nikt żywy.
Ksywkę dał mi starszy brat, Bartek. Byłem mały, chudy i bałem się każdego nowego domu zastępczego, każdego ciemnego korytarza. Bartek był ode mnie o dwie głowy wyższy i dwa razy odważniejszy od każdego dorosłego, jakiego znałem. Kiedy w nocy nie mogłem spać, schodził z górnej pryczy, kładł mi dłoń na piersi i mówił: — Śpij, Wielki. Jesteś bezpieczny.
Bartek nie żył od pięciu lat.
Zginął w wypadku na obwodnicy Ełku. Jego żona, Daria, podobno też. I ich dziecko — dziewczynka, która miała się urodzić za dwa miesiące. Tak głosiły akty zgonu. Tak mówili ludzie. Tak wmawiałem sobie za każdym razem, gdy kładłem kwiaty na grobie w Suwałkach.
— Panie Walczak? — głos aspirantki wrócił do słuchawki. — Jest pan tam?
— Gdzie dokładnie jesteście? — zapytałem.
— Komenda powiatowa w Augustowie, ulica Brzostowskiego. Dziewczynka siedzi u nas, dostała suchą bluzę i herbatę. Nic powiedzieć nie chce poza tym, że czeka na pana.
Nie pamiętam, jak się ubrałem. Wciągnąłem dżinsy, zarzuciłem kurtkę z logo zespołu poszukiwawczo-ratowniczego i wybiegłem w deszcz. Stary owczarek patrzył za mną z sieni, jakby rozumiał, że tym razem nie jedzie.
Droga do Augustowa zajęła mi dwadzieścia osiem minut. Pamiętam każdą. Bo dłonie na kierownicy drżały tak, że bałem się, że wypadnę na zakręcie.
Komenda pachniała kawą z automatu, środkiem do mycia podłóg i przemoczoną odzieżą. Młoda pani z pomocy społecznej czekała przy wejściu.
— Jest spokojna — powiedziała. — Dostała koc i sok jabłkowy. Nie pozwoliła nam umyć twarzy. Powiedziała, że zrobi to dopiero, jak przyjedzie Wielki.
— To jakaś pomyłka — mruknąłem. — Nie mam rodziny.
Kobieta tylko otworzyła drzwi.
Dziewczynka siedziała na krześle w kącie, z bosymi stopami podwiniętymi pod policyjny koc. Włosy miała ciemne i splątane, policzki blade, a na kostkach świeże zadrapania. Na sobie nosiła za duży, szary sweter, który sięgał jej do kolan. Taki, jakie widuje się w tanich second handach na rynku w Suwałkach.
Podniosła oczy.
Oczy miała zielono-szare. Dokładnie takie jak Bartek.
— Wielki? — szepnęła.
Zatkało mnie. Serce zabiło gdzieś w gardle.
Zsunęła się z krzesła, ciągnąc koc po linoleum.
— Tata powiedział, żebym cię znalazła — oznajmiła. — Powiedział, że Wielki zawsze przyjeżdża.
Uklęknąłem, zanim zdążyłem pomyśleć, co robię. Jej zimna, drobna dłoń wślizgnęła się w moją jak mały ptak.
— Jak masz na imię? — zapytałem.
— Klara — odpowiedziała. — Klara Walczak.
Zza moich pleców dobiegł cichy głos:
— Przepraszam, Szymon.
Odwróciłem się.
W drzwiach stała kobieta w długim czarnym płaszczu. Chudsza niż zapamiętałem. Krótkie, farbowane na ciemno włosy, spierzchnięte usta. Twarz starsza, przestraszona. Ale to była ona.
Daria.
Widziałem tę twarz na ślubnych zdjęciach brata. Widziałem ją przy ołtarzu. Widziałem trumnę z jej nazwiskiem, jak zjeżdża do dołu w błoto na cmentarzu w Ełku.
— Pochowałeś Bartka — powiedziała, a jej głos był płaski i martwy. — Nie mnie.
—
Cofnąłem się o krok. Dziewczynka — Klara — ściskała moją dłoń, jakby bała się, że zniknę, jeśli puści.
— Daria — wydusiłem. — Co to ma znaczyć?
Spojrzała na dziecko, potem na pomoc społeczną, w końcu na mnie. Patrzyła na mnie tak, jak się patrzy na coś, czego się nie rozumie — bez ulgi, bez ciepła. Była wyczerpana. Taka, która nie spała od tygodni.
— Możemy porozmawiać na osobności? — zapytała. — Nie chcę, żeby Klara tego słuchała.
Aspirantka Zięba zaprowadziła dziecko do sąsiedniego pomieszczenia, żeby mogło dostać kanapkę. Klara obejrzała się przez ramię, jakby chciała się upewnić, że jestem prawdziwy. Pomogłem jej zebrać koc z podłogi i pchnąłem lekko w stronę drzwi.
— Idź — powiedziałem. — Będę niedaleko.
W małym pokoju przesłuchań stały cztery krzesła, biurko i plastikowa butelka wody. Daria zdjęła płaszcz i zostały jej same przetarte dżinsy oraz bluzka z długim rękawem, mimo że wrzesień był ciepły. Usiadła ciężko, jakby każda kość w jej ciele miała podwójny ciężar.
— Bartek zginął, bo chciał nas uratować — zaczęła. — Wiedział, że coś się zbliża. Nie wypadek. To nie była zwykła kraksa na obwodnicy.
Słuchałem, dłonie złożone na blacie.
— Byliśmy wtedy w o tyle złej sytuacji, że nie możesz sobie nawet wyobrazić. Długi jego byłego wspólnika z Białegostoku. Dwa razy podpalono nam warsztat. Bartek wszystko przewidział. Kazał mi zniknąć. Wziąć dziecko, wyjechać za granicę i czekać, aż będzie bezpiecznie.
— Jego wspólnik… — warknąłem. — Mówisz o Kwaśniewskim?
Skinęła ledwo widocznie.
— Bartek powiedział jedno: „Nie mów nic Szymonowi. Nie chcę, żeby go wciągnęli. On i tak zrobi dla mnie za dużo." Więc zniknęłyśmy. Do Czech, potem na Słowację. Trzy lata żyłam z oszczędności i pracy w warsztacie stolarskim. Myślałam, że Bartek wszystko załatwił. A potem zobaczyłam nekrolog w internecie.
Otworzyła butelkę wody, ale nie podniosła jej do ust. Wpatrywała się w etykietę.
— A ty… — mój głos ledwo przechodził mi przez gardło — ty dałaś mi go pochować. Z twoim nazwiskiem w trumnie.
— Bartek tak zaplanował. Miało wyglądać, że wszyscy zginęliśmy. Zginęłam ja, miał zostać on. Ale zamieniliśmy się rolami. On wolał, żeby to on był na liście. Żebym ja miała szansę wychować Klarę.
Zapadła cisza. Na korytarzu słychać było kroki i śmiech młodego funkcjonariusza, który opowiadał koledze o porannym patrolu.
— Dlaczego teraz? — zapytałem.
— Bo wrócił — powiedziała Daria, a jej głos zszedł do szeptu, jakby ktoś mógł nas podsłuchać. — Kwaśniewski wyszedł po wyroku za inne sprawy. Znalazł nas. Trafił do mojego mieszkania, kiedy byłam w pracy. Klara zdołała uciec oknem, ale samochód… — urwała.
— Jaki samochód? — nachyliłem się.
— Srebrny lexus. Białostockie blachy. Stał rano przed budynkiem. Klara mówiła, że pan, który z nią jechał, powiedział, że jak nie powie, gdzie jest mama, to zawiezie ją do lasu.
Poczułem, jak krew we mnie stygnie.
— Ktoś ją zabrał i traktował jak zakładniczkę? I nikt go nie zatrzymał?
— Dziecko szło boso drogą wojewódzką o czwartej nad ranem. To było wszystko, co zdołałam ustalić, zanim tu przyjechałam. Klara uciekła, gdy kierowca zatrzymał się na stacji benzynowej pod Augustowem. Wiedziała, że najbliższa komenda jest tutaj.
— Skąd w ogóle znała mój numer? — zapytałem.
Daria sięgnęła do kieszeni i wyjęła złożoną kartkę. Papier był wymięty, pożółkły, ze śladami zgięć. Rozłożyła go przede mną.
— Bartek miał go w schowku samochodu. To jedyna rzecz, jaką Klara zabrała ze sobą, zanim uciekła.
Na kartce był narysowany dziecięcą ręką plan. Krzywe linie dróg, kilka prostokątów — las, most, dom. A na dole, drukowanymi literami:
*„Wielki. Zawsze przyjeżdża."*
I mój numer telefonu.
Znałem ten rysunek. Bartek zrobił go dla mnie lata temu, kiedy jeden z nas wyprowadzał się do innego domu zastępczego. „Na wypadek, gdybyś zapomniał, gdzie jesteś" — powiedział wtedy. Plan prowadził z Augustowa do mojej leśniczówki nad jeziorem Necko.
— Klara całą noc powtarzała, że tata kazał znaleźć Wielkiego, bo tylko on wie, jak dojść do domu przez las — dokończyła Daria.
— To nie jest pytanie, czy ją znajdą — powiedziałem, składając kartkę. — To pytanie, kiedy spróbują jeszcze raz.
Podniosłem wzrok na Darię. Nie było między nami ani jednego ciepłego słowa, ale nie było też wątpliwości.
— Zamknij się w tym pokoju z Klarą — rzuciłem. — Nikomu nie otwieraj, dopóki nie wrócę.
Wyszedłem na korytarz i ruszyłem do dyżurki. Aspirantka Zięba stała przy oknie, słuchając czegoś w słuchawce. Na mój widok zakończyła rozmowę.
— Coś się stało? — zapytała.
— Ten srebrny lexus, o którym mówiła matka. Czy ktoś go szuka?
Zawahała się.
— Patrol miał sprawdzić teren przy stacji Orlen w okolicy wsi Płaska. Ale nie potwierdził jeszcze, czy samochód był na miejscu z samego rana.
— Jadę tam — powiedziałem.
— Panie Walczak, to nie jest pańska działka. — Spojrzała na mnie twardo. — Sprawą zajmie się wydział kryminalny.
Podszedłem do niej o krok bliżej.
— Niech pani sprawdzi w wewnętrznym rejestrze, kto dzwonił dziś w nocy na numer 112 z tego rejonu. Klara nie miała przy sobie telefonu. A ktoś ją przecież zgłosił.
Zmrużyła oczy.
— Skąd pan to wie?
— Bo powiedziała, że drogą jechało dużo samochodów, ale jeden zatrzymał się i długo świecił światłami w las. Nie podjechał. Nie wysiadł. Tylko jej się przyglądał — wyjaśniłem. — Ten ktoś musiał być przerażony. Pewnie pomyślał, że to widziadło. Ale zadzwonił. I dlatego twoi ludzie ją znaleźli.
Aspirantka otworzyła usta, ale nic nie powiedziała. W końcu sięgnęła po telefon.
— Zaanonsuję pana dyżurnemu — powiedziała.
Kwadrans później jechałem na wschód, wzdłuż Kanału Augustowskiego. Za oknem mijałem szare wsie, opadające liście brzóz i wodę tak ciemną, jakby las jej nie oddawał nieba. W schowku leżała ta kartka — rysunek Bartka. Trzymałem ją na siedzeniu pasażera, żeby nie zgubić myśli.
Stacja Orlen leżała przy skrzyżowaniu, tuż przed zjazdem na drogę leśną. Zatrzymałem się na żwirowym poboczu i podszedłem do kasy.
Kasjerka — młoda, z długimi paznokciami w kolorze butelkowej zieleni — nie odrywała wzroku od monitora.
— Pracuje pani od rana? — zapytałem.
Skinęła, żując gumę.
— Srebrny lexus, białostockie rejestracje. Stał tu dziś wcześnie rano. Wysiadł z niego mężczyzna z małą dziewczynką.
Teraz na mnie spojrzała.
— A pan to kto?
Podsunąłem jej legitymację członka zespołu poszukiwawczego.
— Rodzina — powiedziałem.
Ziewnęła, ale wzrok jej się ożywił.
— Był tu. Kupił energetyk i gumę dla dziecka. Dziwne było to, że mała nie miała butów. A on jej mówił, że jak piśnie, to zamknie ją w bagażniku.
Zacisnąłem szczękę.
— Pamięta pani, dokąd pojechał?
— W stronę Giby — kiwnęła na wschód. — Do lasu. Tam się drogi kończą.
Wróciłem do auta i ruszyłem. Droga zmieniała się w coraz węższy pas, aż w końcu została tylko leśna dwupasmówka, na której gałęzie uderzały w lusterka. Po pięciu kilometrach zobaczyłem samochód.
Srebrny lexus. Stał zaparkowany przy zjeździe na ścieżkę pożarową. Silnik zgaszony. Tylne drzwi uchylone.
Wyjąłem z bagażnika latarkę i metalowy klucz do kół, po czym ruszyłem pieszo. Las pachniał grzybami, gnijącymi liśćmi i wilgocią znad kanału. Kroki cichły na mchu.
Po chwili zobaczyłem go między drzewami — mężczyznę w ciemnej kurtce, z łysiną i krótką brodą. Stał nad rowem, trzymając w dłoni telefon. Wyglądał, jakby czekał na sygnał.
— Kwaśniewski — rzuciłem.
Odwrócił się. W pierwszej chwili nie poznał mnie, skinął głową jak do sprzedawcy na bazarze. Ale potem zobaczył moją twarz.
— No proszę — uśmiechnął się. — Wielki we własnej osobie. Bartek mówił, że jesteś jak ten, co nigdy nie dzwoni, tylko wpada.
— Zostaw Darię i dziecko w spokoju.
Jego uśmiech zgasł.
— To nie twoja sprawa — warknął. — Twoja rodzina ma dług. Jak znikniesz, nic się nie stanie. Nikt nie pamięta o jednym typku od psów.
— Dlatego nie wzywasz policji, co? — odpowiedziałem. — Bo za dużo zostawiłeś na stacji. Kamery, paragon, odciski na kubku z kawą.
Kwaśniewski postąpił o krok w moją stronę.
— Jesteś sam — powiedział.
— Nie — usłyszałem za plecami.
Zza drzew wyszli dwaj mężczyźni w czarnych kurtkach. Policjanci z Wydziału Kryminalnego z Suwałk. Ich ręce spoczywały na kaburach.
— Ręce na kark, panie Kwaśniewski — padło od jednego z nich.
Łysy patrzył to na mnie, to na nich. W końcu splunął w mech.
— Ty to jednak zawsze musisz wszystko spieprzyć — mruknął.
Nie odpowiedziałem. Stałem tylko nad jego samochodem, dopóki pęta kajdanek nie zapięły się z metalicznym trzaskiem.
Dwie godziny później siedziałem znowu na komendzie. Klara spała na polówce pod oknem, przykryta podwójnym kocem. Daria siedziała przy niej, gładząc jej dłoń.
— Dziękuję — szepnęła.
— Nie masz za co — powiedziałem.
— Masz. Za wszystko. Za to, że przyjechałeś. Za to, że znalazłeś go. Za to, że… nie spisałeś nas na straty.
Spojrzałem na nią. Była zmęczona, wychudzona, ale w jej oczach, po raz pierwszy od wejścia do tego pokoju, zobaczyłem coś, co przypominało spokój.
— Musisz mi coś powiedzieć — odezwałem się. — Mówisz, że wierzysz, że Bartek planował to, co się stało. Ale dlaczego do mnie nie zadzwoniłaś? Przez wszystkie te lata.
Daria westchnęła.
— Bałam się. Że cię pociągnę za sobą. Że przez ciebie znowu stracę dziecko. Że na mnie się zawiedziesz.
— A teraz? — zapytałem.
— Teraz… — zamilkła, jakby szukała odpowiedzi w fałdzie koca. — Teraz znam numer do Wielkiego. I wiem, że jak do niego zadzwonię, to przyjedzie.
Wyszedłem na zewnątrz, żeby zaczerpnąć nocnego powietrza. Przed wejściem stało kilku policjantów, a po drugiej stronie ulicy migały światła radiowozu.
Wyjąłem telefon i usiadłem na ławce przed komendą. Przez chwilę patrzyłem na mapę, którą Klara narysowała na odwrocie mojej wizytówki — tą samą, którą Bartek nosił w portfelu przez pół życia.
Potem wybrałem numer swojego księgowego. Była jakaś nieludzko wczesna godzina, ale odebrał.
— Słuchaj — powiedziałem — jutro rano podam ci dane. Trzeba przepisać udziały w spółce poszukiwawczej na Darię i małą. Chcę, żeby wyglądało to tak, jakby to zawsze było ich.
— Całość? — zapytał, rozespany. — To ponad trzysta tysięcy.
— Całość — potwierdziłem.
Rozłączyłem się i siedziałem dalej na ławce, aż niebo zaczęło robić się szare. Deszcz ustał. Nad Augustowem wstawał chłodny, biały poranek.
Zanim weszłem do środka, zawahałem się przy drzwiach. W kieszeni miałem kartkę z jednym słowem. *„Wielki."* Narysowałem ją dla Klary, żeby kiedyś miała coś mojego.
Wsunąłem ją do jej rączki i usiadłem po drugiej stronie polówki. Czekałem, aż się obudzi — bo po raz pierwszy od dawna wiedziałem, że nie muszę już nikogo chować.











