Bartosz Konieczny miał czterdzieści sześć lat i w kieszeni marynarki zawsze nosił blister z atorwastatyną, bo zapominał brać ją rano, więc zabierał na wszelki wypadek drugą dawkę na popołudnie. W Krakowie, gdzie pracował jako mechanik w warsztacie na Łagiewnikach, koledzy śmiali się, że jedyny w zakładzie trzyma leki razem z kluczykami od Dacii. Śmiech skończył się rok wcześniej, w lutym, kiedy zemdlał na parkingu przy markecie na Zakopiańskiej. Karetka, kroplówka, dwa dni na obserwacji w szpitalu przy Kopernika. Lekarka powiedziała wtedy coś, czego nie zapomniał: że jego cholesterol LDL jest tak wysoki, że to kwestia czasu, a nie szczęścia.
Od tamtego dnia blister wciąż leżał w kieszeni, ale teraz Bartosz ustawiał sobie budzik w telefonie na ósmą rano i na drugą po południu, i obie tabletki znaczył krzyżykiem na kartce przyklejonej do lodówki. Dieta bez masła, bez wędlin, bez pierogów z mięsem, które robiła sąsiadka z czwartego piętra i przynosiła na talerzu przykrytym ściereczką – odmawiał jej teraz przy drzwiach, trzymając rękę na framudze, żeby nie wziąć talerza z przyzwyczajenia. A LDL i tak siedział w okolicy 190, czasem spadał do 160, nigdy niżej. Kardiolog, doktor Wrzesiński, mówił to samo na każdej wizycie: organizm produkuje zbyt dużo białka, które blokuje rozkładanie tłuszczów we krwi, i żadna dieta tego nie przeskoczy, bo to zapisane w genach, nie w talerzu.
We wrześniu, kiedy za oknem przychodni na Prądnickiej żółkły już klony, doktor Wrzesiński podał mu wydrukowaną ulotkę. Badanie kliniczne. Nowy lek, jedna infuzja dożylna, a potem – jeśli zadziała – koniec codziennego brania tabletek. Bartosz przeczytał słowo „edycja genu" i poczuł, jak robi mu się gorąco za uszami. To nie brzmiało jak lek. Brzmiało jak coś, czego nie można odkręcić.
W domu położył ulotkę na stole między talerzami z kolacją i długo na nią patrzył, zamiast jeść.
– Oni ci to na stałe wycinają, tato. – Córka, Zuzanna, studentka biotechnologii, siedziała naprzeciwko z widelcem zawieszonym w powietrzu. – Nie wyłączają. Wycinają. Nie da się tego potem włączyć z powrotem.
– A jeśli coś pójdzie nie tak?
– To już będzie w tobie. Na zawsze.
Żona Bartosza nie powiedziała nic, tylko zabrała jego talerz, chociaż jeszcze nie skończył, i umyła go pod wodą dłużej, niż było trzeba.
Kwalifikacja zajęła trzy tygodnie. Badania krwi, USG wątroby, rozmowa z psychologiem klinicznym, zgoda na dziesięciu stronach, którą czytał dwa wieczory przy stole w kuchni, każdy akapit odkładając na bok jak coś, co mogło go ugryźć. W nocy przed infuzją nie spał. Leżał z otwartymi oczami, licząc w głowie, ile razy jeszcze zdąży zmienić decyzję, zanim pielęgniarka wbije igłę – i o czwartej nad ranem doszedł do wniosku, że już nie zdąży, bo wizyta jest umówiona na dziewiątą, a on i tak tam pójdzie, bo bał się bardziej tego, co czeka go bez leku, niż tego, co może się stać z lekiem.
Infuzja trwała czterdzieści minut, w sali na drugim piętrze, pod kroplówką z workiem, który pielęgniarka nazywała po imieniu – Agnieszka, blondynka z Nowej Huty, która przez cały czas trzymała go za rękę i mówiła, żeby patrzył na nią, nie na kroplówkę. Nic się nie stało. Żadnego bólu, żadnej reakcji, tylko lekkie mrowienie w przedramieniu, gdzie wkłuta była igła, i rozczarowanie, że po czymś tak nieodwracalnym nie czuje absolutnie nic.
Pierwsze wyniki krwi miały przyjść mailem po sześciu tygodniach. Koordynatorka badania uprzedziła, że może się spóźnić o dzień lub dwa, bo laboratorium w tym tygodniu miało zaległości. Dzień minął, potem drugi, trzeci. Bartosz sprawdzał telefon w przerwie na lunch, potem w samochodzie przed wyjazdem z pracy, potem jeszcze raz w łóżku, zanim zgasił światło. Czwartego dnia, siedząc w aucie na parkingu zakładu, poczuł, jak serce zaczyna mu walić tak, że musiał odłożyć telefon na kolana i odetchnąć kilka razy z czołem przy kierownicy – bo co, jeśli to się nie udało, co jeśli wszystko, co wycięli, wycięli na darmo, a on już nigdy nie wróci do punktu, w którym mógł jeszcze zażyć tabletkę i mieć pewność.
Mail przyszedł piątego dnia, w samo południe. LDL: 78. Spadek z 186 na 78. Ręce mu się trzęsły tak, że musiał odłożyć telefon na siedzenie pasażera i przeczytać liczbę jeszcze raz z większej odległości, bo z bliska litery mu się rozmywały.
Zadzwonił do żony, zanim wyjechał z parkingu, i powiedział tylko: – Działa. – Po drugiej stronie była cisza, a potem jej głos, zupełnie inny niż zwykle, kiedy powtórzyła to samo słowo, jakby chciała je sprawdzić na własnym języku.
Po dwunastu miesiącach, na ostatniej kontrolnej wizycie w klinice na Grzegórzeckiej, LDL wciąż trzymał się w tej samej okolicy, bez żadnej dodatkowej tabletki od miesiąca szóstego. Doktor Wrzesiński, pokazując mu wykres na ekranie monitora, powiedział coś, co Bartosz zapisał sobie w telefonie, bo chciał to zapamiętać słowo w słowo:
– Pana komórki wątroby dzielą się dalej, a każda nowa komórka dziedziczy już wyłączony gen. To nie jest lek, który trzeba podawać ponownie. To jest zmiana, która zostaje.
Bartosz poprosił córkę o wydruk artykułu, który opisywał to badanie, chociaż nigdy w życiu nie czytał czasopism medycznych i pewnie nie przeczyta tego teraz. Trzymał go w szufladzie biurka, pod blisterem starej atorwastatyny, którego już nie potrzebował.
Blister został w szufladzie jako pamiątka, nie jako konieczność. Rano Bartosz wstawał, parzył kawę w tej samej kuchni na Łagiewnikach, słuchał z radia prognozy pogody na Małopolskę i sięgał tylko po filiżankę. Kartka z krzyżykami na lodówce wisiała tam jeszcze z tydzień, aż żona zdjęła ją bez słowa i wsadziła do szuflady, tej samej, gdzie leżał blister.
Kiedy sąsiadka z czwartego piętra znowu przyniosła pieróg, z tym samym talerzem przykrytym ściereczką, Bartosz wziął go od niej obiema rękami, bez wahania przy framudze, i zjadł na stojąco w drzwiach, jeszcze ciepłego, zanim zdążyła zejść po schodach.










